MARTA MIKIEL: Panie profesorze, czy warto ryzykować opinię szanowanego biznesmena i naukowca na mieszanie się w politykę?

ANDRZEJ BLIKLE*: Ryzykować nie warto. Ale uważam, że popierając w wyborach prezydenckich Bronisława Komorowskiego, nie ponoszę żadnego ryzyka. Wspieram kandydata, który moim zdaniem jest nie tylko najlepszy – bo można być najlepszym wśród słabych – ale jest bardzo dobry.

Ludzie biznesu niezbyt dobrze wychodzili na związkach z polityką.

Jestem wyborcą, jak prawie 40 milionów Polaków i prezentuję swoje przekonania. Związek z polityką byłby wtedy, gdy za poparcie oczekiwałbym na przykład jakiegoś stanowiska w rządzie lub wielkiego kontraktu. Ale moja firma nie buduje stadionów ani autostrad. Utrzymuje się dzięki klientom indywidualnym. Kontrakt, którego mógłbym się spodziewać ze strony państwa, to powiedzmy dostawa pączków do Pałacu Prezydenckiego na tłusty czwartek. Raczej trudno dostać od tego zawrotu głowy i oczywiście nie liczę na tego typu apanaże. Ale uważam, że Polsce należy się kandydat, który będzie nas godnie i profesjonalnie reprezentował.

Jeśli poniesie porażkę w wyborach, dla ekipy przeciwnej może stać się pan naznaczony.

Dla niektórych już jestem naznaczony, choćby odkąd wsparłem Platformę: w wyborach prezydenckich, w których startował Donald Tusk. Poza tym wierzę, że do jakiegoś stopnia jesteśmy państwem prawa, nie sądzę więc, aby jakakolwiek opcja polityczna chciała się na mnie odgrywać. Tym bardziej że moja firma nie finansuje kampanii. Wsparcie ma charakter czysto honorowy.

W dojrzałych demokracjach wspieranie polityki jest otwartą praktyką. Jak pan sądzi, dlaczego biznesmeni w Polsce wolą się do tego nie przyznawać?

Istnieje w Polsce przekonanie, wzmocnione zwłaszcza w czasie rządów poprzedniej ekipy, że biznes to zajęcie niegodziwe, polegające na oszustwach i przekupstwach, także polityków. Podejrzliwość społeczna każde spotkanie na linii biznes – polityka każe uważać za prowadzące do nielegalnych korzyści. Sam nie bardzo boję się posądzenia, że płacę po kryjomu, choćby dlatego, że A. Blikle jest firmą małą. Pod względem rozpoznawalności mogę się równać z niektórymi koncernami, ale jeśli chodzi o możliwości finansowe – już nie. Nawet gdybym chciał finansować kampanię, takie wsparcie nie miałoby istotnego znaczenia. Zresztą teraz brakuje ku temu odpowiednich rozwiązań prawnych.

Stworzenie form prawnych skłoniłoby biznesmenów do otwartego wspierania kampanii?

Nie wydaje mi się. Przyjmując dużą kwotę, polityk bierze na siebie jakieś zobowiązanie. Dla mnie to zawsze byłoby wątpliwe moralnie. Ale mógłby powstać fundusz społeczny, a wpłacane pieniądze państwo dzieliłoby między wszystkie partie. Ofiarodawca wspierałby akcję wyborczą. Taka dotacja miałaby bardziej czysty charakter.

To dosyć idealistyczne spojrzenie. Pan wpłaciłby na taki fundusz?

Pewnie tak jako obywatel. Myślę, że taki fundusz mógłby liczyć na zainteresowanie ludzi pragnących budować demokrację i silne państwo prawa. Gdyby założyć, że partie mogą przeznaczać te pieniądze na prezentację programu, a nie zakup billboardów czy pyskówki w telewizji. Generalnie uważam, że budowanie zapory między władzą i biznesem nie jest dobre, bo przekłada się na brak znajomości realiów gospodarczych wśród polityków. Dlatego podejmują decyzje, które mają negatywne skutki społeczne.

*Andrzej Blikle, informatyk, profesor doktor habilitowany, członek europejskiej akademii nauk Academia Europaea, Rady Języka Polskiego i Fundacji Kultury, prezes stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych, prezes zarządu firmy cukierniczej A. Blikle Sp. z o.o.