Jest już niemal pewne, że firma Toruńska Energetyka Cergia (francuska grupa EdF) zakontraktuje tysiące hektarów upraw roślin energetycznych. Podobne plany ma w Polsce kilka innych dużych firm energetycznych.
Publikacja: 3 lutego 2010, 13:05 Aktualizacja: 3 lutego 2010, 13:12
Cergia chce, żeby jej nowe bloki były kogeneracyjne, to znaczy, by produkowały jednocześnie ciepło i prąd. Takie bloki są bardziej wydajne energetycznie od konwencjonalnych i dzięki temu ich właściciele dostają w Polsce tzw. czerwone certyfikaty, za które dostaje się spore pieniądze. Innymi słowy, w Toruńskiej Energetyce niemal wszystko przemawia za planowaną inwestycją, bo jest najlepszym z możliwych rozwiązań. Dlatego zgoda właściciela powinna być jedynie formalnością.
Podobne plany z podobnych powodów mają inne duże firmy energetyczne w Polsce, m.in. Energa i Enea. W przypadku dużych elektrowni węglowych dochodzi jeszcze jedna przyczyna. Dotąd wiele z nich, by dostać zielone certyfikaty i nie kupować praw do emisji C02, spalało razem z węglem zaliczane do biomasy odpady z tartaków i drewno leśne. W branży nazywano to współspalaniem.
W 2008 roku weszły w życie przepisy, które z roku na rok, stopniowo, ograniczają możliwość przyznawania zielonych certyfikatów za produkcję prądu z drewna leśnego i odpadów z niego. Takie prawo wprowadzono po to, żeby w Polsce mogły rozwinąć się na szerszą skalę uprawy roślin energetycznych. Nie rozwijały się one bowiem u nas głównie dlatego, że elektrowniom łatwiej było kupować drewno leśne niż kontraktować uprawy roślin energetycznych. Głównie dlatego, że w przypadku drewna producenci prądu mogli mieć nawet tylko jednego dostawcę (Lasy Państwowe), a chcąc mieć rośliny energetyczne, biorąc pod uwagę rozdrobnienie polskiego rolnictwa, trzeba podpisywać umowy z dziesiątkami, a nawet setkami rolników i z każdym z nich rozliczać się z osobna. Mogłoby uprościć to tworzenie grup producenckich przez rolników uprawiających rośliny energetyczne, ale takie grupy na razie są jedynie w planach.

Dzięki rywalizacji dwóch linii o pasażerów w te wakacje na pewno będziemy po Polsce latać tanio. Pytanie, czy wyniszczającą batalię opartą na promocjach wytrzymają linie lotnicze, które sporo dokładają do interesu







