Niestety, po raz kolejny okazało się, że ambitne polityczne deklaracje to jedno, a negocjacje realnych zobowiązań to zupełnie coś innego Pomimo olbrzymich starań i zaangażowania wielu światowych przywódców, w trakcie wielodniowych obrad nie udało się osiągnąć wiążącego porozumienia. Z toczącą się debatą na temat zmian klimatycznych nierozłącznie związana jest kwestia europejskich limitów emisji CO2. Mówiąc o limitach, nie sposób nie wspomnieć o sztandarowym „dziecku” UE, czyli Europejskim Systemie Handlu Uprawnieniami do Emisji (EU ETS).

Jak to działa w polskich firmach?

Mimo upływu lat wydaje się, że wiedza o tych sprawach jest nadal ograniczona. Nie mam tu na myśli kwestii operacyjnych, z tym nie ma akurat większych problemów. Przedsiębiorstwa wiedzą, jak monitorować i rozliczać swoje emisje. Nieco gorzej sytuacja wygląda ze znajomością rynku i mechanizmów, które nim sterują, a także z wiedzą o nowych instrumentach, powiązanych z EU ETS, z których firmy mogłyby korzystać.

Warto zatem przyjrzeć się bliżej całemu systemowi. Istotnie, w kwestii limitów emisji jest on dość restrykcyjny, a ponadto wprowadza dla firm, które w nim uczestniczą, szereg dodatkowych wymogów i obowiązków. Składa się na nie m.in.:

● obowiązek odpowiedniego monitorowania własnych emisji,

● konieczność tworzenia rocznych raportów,

● konieczność weryfikacji raportów przez niezależnych audytorów

● konieczność posiadania konta w specjalnym rejestrze.

EU ETS nie jest jednak tylko kolejnym przepisem, który trzeba wypełnić. Tworzy on także wiele szans, z których niestety dużo firm nie chce, a być może nie potrafi korzystać. Uprawnienia do emisji (EUA) są bowiem nie tylko jednostką, która służy do mierzenia stopnia wykonania wymogów środowiskowych. W obecnej formie systemu (do roku 2013) to także bardzo ciekawy instrument finansowy oferujący firmom uczestniczącym w EU ETS znacznie więcej, niż mogłyby przypuszczać.