Rząd przyjął wczoraj podstawowe założenia do przyszłorocznego budżetu. Prognozuje, że polska gospodarka będzie się rozwijała w przyszłym roku w tempie 0,5 proc. Wcześniej Rada Ministrów szacowała, że wzrost PKB będzie mieścił się w przedziale 0,5-1,3 proc.

Jednocześnie rząd założył, że średnioroczna inflacja wyniesie w przyszłym roku zaledwie 1 proc. To znacznie bardziej optymistyczna prognoza niż ta ze wstępnych majowych przymiarek do sporządzenia założeń budżetowych. Wówczas Ministerstwo Finansów szacowało, że inflacja nie będzie niższa niż 1,5 proc.

Rząd zakłada także, że stopa bezrobocia na koniec przyszłego roku wyniesie 13,8 proc. Zamierza też przedstawić partnerom z Komisji Trójstronnej propozycję zwiększenia płacy minimalnej do 1317 zł – czyli do poziomu, o którym wczoraj informowała GP.

Analitycy, z którymi rozmawialiśmy, są zdania, że prognozy niskiej inflacji oraz wzrostu gospodarczego pozwolą na przyjęcie ostrożnych założeń dotyczących dochodów. To z kolei już na wstępie prac budżetowych ostudzi żądania wzrostu wydatków w poszczególnych resortach. W ten sposób MF chce się zabezpieczyć na wypadek, gdyby stagnacja gospodarcza widoczna była także w przyszłym roku.

Ustawienie prognozowanej inflacji na bardzo niskim poziomie też ma dodatkowe zalety. W przypadku wzrostu cen ropy albo dużego osłabienia złotego wraz z rosnącym wskaźnikiem powinny także zwiększyć się niektóre kategorie dochodów – jak wpływy z VAT, które są bezpośrednio zależne od poziomu cen.

– Obie prognozy przyjęte przez rząd są dość ostrożne. Widać, że Ministerstwo Finansów woli przyjąć wskaźniki na jak najniższych poziomach. To pozostawia pewną przestrzeń ministerstwu w trakcie roku budżetowego. Takie konserwatywne plany dają nadzieję na pozytywną niespodziankę w przyszłym roku – mówi Piotr Kalisz z Citi Handlowego.

– Dla konstrukcji planu budżetu przyjęcie takich konserwatywnych założeń wzrostu PKB i inflacji to pozytywna informacja. Gdyby założenia do tegorocznego budżetu były równie ostrożne, to nie mielibyśmy takich problemów, jakie mamy obecnie – dodaje Remigiusz Grudzień, ekonomista PKO BP.

W założeniach nie znalazła się projekcja przyszłorocznego deficytu. To najprawdopodobniej skutek tego, że Ministerstwo Finansów ciągle pracuje nad projektem nowelizacji tegorocznej ustawy. Bez tzw. planowanego wykonania budżetu na rok 2009 trudno jest oszacować główne wielkości w budżecie na 2010 rok. Rząd chce przyjąć projekt nowelizacji do 7 lipca. Wczoraj MF otrzymało kolejne dane, które – jak twierdzi resort – są niezbędne, by przygotować projekt. Pierwsza informacja to dane o inflacji. Druga – to wykonanie budżetu po pięciu miesiącach tego roku.

Z danych MF wynika, że deficyt budżetu po pięciu miesiącach wyniósł ponad 16,4 mld zł. To już 90 proc. planu na cały rok. To zgodne z tym, co Ministerstwo Finansów zapisało w tzw. harmonogramie wykonania budżetu w tym roku. Resort założył w nim, że deficyt wyniesie prawie 16,9 mld zł. Ale zakładał także dochody w wysokości 114 mld zł. Tymczasem do państwowej kasy po pięciu miesiącach wpłynęło niewiele ponad 111 mld zł.

– Z deficytem zbliżamy się do 100 proc. Prawdopodobnie MF robi wszystko, by ograniczać wydatki innych ministerstw i zapobiec zbliżeniu się do górnego limitu deficytu przez planowaną nowelizację budżetu. Ale te dane potwierdzają tylko, że nowelizacja jest przesądzona – ocenia Piotr Kalisz.

– Fakt, że dochody są pozyskiwane w znacznie wolniejszym tempie, niż oczekiwano, świadczy najlepiej o tym, co się dzieje z gospodarką. To jest bezpośredni skutek spowolnienia gospodarczego – dodaje.

Według ekonomistów rząd nie uniknie zwiększenia planu deficytu. W obecnie obowiązującej ustawie zapisano jego poziom na 18,2 mld zł. Konsensus rynkowy to 28 mld zł.