Deficyt tegorocznego budżetu wzrośnie o około 10 mld zł – wynika z ankiety GP. Inwestorzy już pogodzili się z wizją nowelizacji ustawy budżetowej. Reakcja rynku na zmianę budżetu będzie zależeć od wiarygodności całego planu MF.
Publikacja: 10 czerwca 2009, 03:00 Aktualizacja: 10 czerwca 2009, 11:01
Według ekspertów, z którymi rozmawialiśmy, największe ryzyko, jakie wiąże się z pracami nad nowelizacją, to próby wypchnięcia części deficytu poza budżet centralny.
– Między innymi dlatego rynek ma problem z oszacowaniem skutków nowelizacji. Ministerstwo Finansów ryzykuje swoją wiarygodność, gdy skonfrontować jego deklaracje niezwiększania deficytu budżetu w nadmierny sposób z prognozami np. Komisji Europejskiej dotyczącymi deficytu całego sektora – mówi Marcin Mrowiec.
Według Grzegorza Maliszewskiego z banku Millennium pokusa, by podzielić się deficytem z innymi składowymi sektora finansów, będzie bardzo duża.
– W dochodach zabraknie znacznie więcej niż 10 mld zł, ale przy uwzględnieniu dotychczasowych ruchów po stronie wydatków mogłoby wystarczyć zwiększenie deficytu do około 30 mld zł. Jest jednak bardzo prawdopodobne, że rząd będzie się starał wypychać wydatki, żeby deficyt centralny wzrósł jak najmniej – mówi ekonomista banku Millennium.
– I dlatego bardzo bym chciał, żeby wraz z projektem nowelizacji rząd przedstawił wiarygodną prognozę deficytu sektora general goverment. Wtedy dopiero będziemy mogli dokładniej zrozumieć, co się stało w budżecie. Obecna prognoza deficytu sektora na poziomie 4,6 proc. PKB jest zbyt optymistyczna. On może wynieść 5–6 proc. PKB – dodaje Maciej Reluga z BZ WBK.
Deficyt całego sektora finansów publicznych jest tak ważny, bo to on określa łączne potrzeby pożyczkowe. Ekonomiści zwracają uwagę, że nawet przy założeniu, że rządowe szacunki deficytu są trafne, oznaczałyby one konieczność sfinansowania niedoboru wielkości 60 mld zł.
– Rynek przyjąłby z ulgą wzrost deficytu budżetu centralnego o maksymalnie 10 mld zł. Jednak od razu pojawiłyby się pytania, czy przypadkiem ten deficyt nie rozlewa się po całym sektorze, bo to może oznaczać wzrost potrzeb pożyczkowych. A to właśnie one determinują łączną podaż papierów skarbowych i mają wpływ na ich wycenę – mówi Marcin Mrowiec.
Niektórzy eksperci dodają, że rząd – dzieląc się deficytem – może próbować w ten sposób ograniczyć podaż samych obligacji, bo inne instytucje sektora nie zawsze mają prawo do ich emitowania.
– Zadłużanie się przez inne składowe sektora najczęściej oznacza branie kredytów bankowych, a nie emitowanie papierów. W takim układzie presja na spadek cen obligacji może być mniejsza. Sęk w tym, że inne formy zadłużania się też są kosztowne, być może nawet bardziej, niż emitowanie obligacji – mówi Grzegorz Maliszewski.
Rozmówcy GP dodają, że rząd może w jeszcze jeden sposób nadszarpnąć własną wiarygodność, co rynek przełoży na koszt pozyskiwania finansowania deficytu.
– Gdyby rząd cały czas trzymał się optymistycznych prognoz i zakładał wzrost dochodów bez podwyższania podatków, to niektórzy inwestorzy mogą uznać taki plan za niewiarygodny – ocenia Piotr Kalisz z Citi Handlowego.
– Niestety, cały proces zmian w budżecie w dużym stopniu uzależniony jest od marketingu politycznego. Stąd duża trudność, by go w tej chwili ocenić. Zapewne Ministerstwo Finansów szuka optymalnego rozwiązania. Stąd te nieoficjalne przecieki o planowanych podwyżkach VAT czy akcyzy – dodaje ekonomista.
18,2 mld zł wynosi obecnie deficyt tegorocznego budżetu

Główny ekonomista niemieckiego Deutsche Banku Thomas Mayer ocenił we wtorek w rozmowie z telewizją ARD, że w pogrążonej w kryzysie Grecji pojawi się druga równoległa do euro waluta, którą eksperci banku nazwali "geuro".

Akcje Facebooka tracą na wartości. Drugiego dnia handlu cena spadła poniżej ceny emisyjnej. »




