Z danych udostępnionych nam przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii wynika, że znaczące zmiany w eksporcie z Polski do Kanady po wprowadzeniu umowy CETA na razie nie nastąpiły . Może dlatego ministerstwo uczula, że analizując dynamikę zmian w wymianie handlowej, należy pamiętać o wielu czynnikach, które mają wpływ na jej wartość. Ponieważ jest ona relatywnie niewielka, to nawet pojedyncze transakcje o dużej wartości w ujęciu miesięcznym, mogą wpływać na duże wahania w danych. Jak mówił Łukasz Porażyński z Departamentu Handlu i Współpracy Międzynarodowej Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii na konferencji "Kanada i Unia Europejska. Kompleksowe umowa gospodarczo-handlowa (CETA) rok praktycznych doświadczeń" - to bardziej spekulowanie niż działanie na danych, ponieważ upłynęło zbyt mało czasu, a wymiana handlowa nie była aż tak duża, by nawet jeden kontrakt nie zaburzył danych.

- Prócz danych, potrzeba też wiarygodnej ich interpretacji. Tymczasem nie ma wystarczająco mocnych ośrodków, które miałyby interes, by teraz zbadać i przedstawić prawdziwe skutki CETA – komentuje Marcin Wojtalik z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności. - Do prowadzenia takich badań potrzeba dużego potencjału, szczególnie jeśli ma to być informacja nie tylko wskazująca czy eksport/import zmalał czy wzrósł, ale wyjaśniająca mechanizmy tego zjawiska.

Na rynek kanadyjski z sukcesem weszła Ceramika Paradyż, ale jej obecność tam, to efekt wcześniejszych, sprzed CETY, działań. - Sam fakt podpisania kontraktu w Kanadzie jest wypadkową umowy CETA oraz konsekwentnego realizowania strategii Ceramiki Paradyż na rynkach zagranicznych – mówi Michał Okoń dyrektor eksportu Ceramiki Paradyż. - Dla dostawców, takich jak Ceramika Paradyż, to dodatkowy i bardzo istotny rynek eksportowy, a co za tym idzie, możliwość zwiększenia produkcji i w perspektywie lepsze wyniki finansowe. Okoń uważa, że kanadyjskie przedsiębiorstwa w perspektywie czasu, będą musiały liczyć się z rosnącą konkurencją na rynku i nowymi warunkami funkcjonowania.

Z pewnością zniesienie 98 proc. ceł obniża koszty prowadzenia handlu, ale nie rozwiązuje problemów, które mają przedsiębiorcy, próbujący wejść na rynek kanadyjski. Przedsiębiorcy związani z branżą rolno-spożywczą wymieniają problemy nietaryfowe, z którymi się borykają: mały rynek (zaledwie 36 mln mieszkańców Kanady przy 508 mln mieszkańców UE), silne lobby kandyjskie promujące własne produkty, brak polskiej rozpoznawalnej marki, problemy logistyczne, mała aktywność polskich władz (np. stworzenie rejestru branż, którymi rynek kanadyjski byłby potencjalnie zainteresowany, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii dopiero obiecuje, prace nad polską marką też nadal trwają).

Monika Tyska, zastępca dyrektora Generalnego Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa na wspomnianej już konferencji mówiła, że po roku obowiązywania umowy nie ma informacji, w którym kierunku idzie rynek rolno-spożywczy. I przyznała, że być może będzie można próbować zrobić podobne szacunki za pięć lat. - W przypadku rolnictwa mamy raczej constans – przyznaje Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. - Nie widać przede wszystkim zainteresowania polskich firm rolniczych rynkiem kanadyjskim. Dlaczego? Ponieważ nie mają tam swoich przedstawicielstw. Poza tym mając rynki zbytu w Polsce i w Europie, wybiorą właśnie je, bo decyduje o tym odległość, logistyka i koszty.

Zniesienie ceł to nie wszystko

Marcin Hydzik, prezes zarządu Związku Polskich Przetwórców Mleka
Sery dojrzewające są produktem stosunkowo łatwym w transporcie, dlatego wymienia się je wśród tych, które mają szanse zaistnieć na rynkach eksportowych – nie tylko na rynku kanadyjskim. Spośród wszystkich polskich mleczarni, nieco ponad sześćdziesiąt posiada uprawnienia eksportowe na rynek Kanady, więc można domniemywać, że jest to rynek w jakimś stopniu interesujący dla polskich przetwórców mleka, ale biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców Kanady, z pewnością nie jest on tak perspektywiczny jak np. rynki europejskie, azjatyckie czy nawet południowo i środkowo amerykańskie. Mimo że umowa CETA miała przynieść pewne ułatwienia w eksporcie dotyczące kwestii celnych, to w przypadku mleka i przetworów mlecznych nie wpływa ona na pozostałe zagadnienia związane z eksportem. Od 2012r. Polska i Kanada negocjują treść tzw. „świadectwa zdrowia dla mleka i przetworów mlecznych” – jest to dokument towarzyszący każdej przesyłce eksportowej, stwierdzający spełnienie wymogów weterynaryjnych kraju importera. Bez niego eksport nie jest możliwy i dlatego niezależnie od zapisów CETA, polskie zakłady mleczarskie nie eksportują swoich produktów do Kanady. Nawet jeżeli negocjacje zakończą się sukcesem, to nie znaczy, że Kanada zostanie natychmiast zalana produktami mlecznymi z Polski. Umowa CETA tak samo otwiera rynek kanadyjski dla Polski, jak i dla innych krajów członkowskich UE, a poza tym kraj ten sąsiaduje z bardzo dużym producentem mleka i przetworów mlecznych, jakim są Stany Zjednoczone. Jeżeli zatem uda się ostatecznie dotrzeć z produktami mleczarskimi do Kanady, to stanie się to udziałem prawdopodobnie zaledwie kilku firm, a wielkość tego eksportu nie będzie istotnie wpływać na bilans polskiego handlu zagranicznego mlekiem i przetworami mlecznymi i o powtórzeniu sukcesu eksportowego, który jest udziałem Polski na innych rynkach, raczej nie będzie mowy – chociaż oczywiście sukces w skali poszczególnych firm jest jak najbardziej możliwy.

Utrudnieniem dla eksporterów są na przykład certyfikaty fitosanitarne. Kanadyjczycy chętnie widzieliby u siebie tylko żywność ekologiczną. Witold Boguta, prezes Krajowego Związku Grup Producentów Owoców i Warzyw przyznaje, że z jednej strony jest CETA, a z drugiej wzrost wymogów fitosanitarnych, trudnych do realizacji. - Mamy sygnały z innych krajów, że Kanada wprowadza zaostrzone wymogi jakościowe w stosunku do niektórych gatunków. Rok 2017 był w Polsce rokiem mniejszych zbiorów jabłek, więc też parcia na rynek kanadyjski nie było. Brakowało nam dobrego jabłka nawet na rynki europejskie i na obsłużenie stałych kontraktów do innych państw. Co będzie w tym roku, gdy mamy nadprodukcję, na razie nie wiadomo – dodaje Boguta. Prezes zwraca uwagę jeszcze na jedną kwestię: eksport owoców do Kanady nie jest łatwy z paru powodów. Po pierwsze w Kanadzie też uprawia się jabłka (odmiany akceptowalne przez tamtejszych konsumentów), po drugie przez granicę znajduje się drugi na świecie ich producent, czyli Stany Zjednoczone, po trzecie problemem jest transport na tak dużą odległość. W przypadku malin, wysyłanych jako owoce deserowe, transport mógłby odbywać się wyłącznie drogą lotniczą, co podważa ekonomiczny sens całego przedsięwzięcia.

Firma Ewa Bis, która zajmuje się dystrybucją owoców i warzyw i od 2015 roku ma spółkę z kanadyjskim wspólnikiem i za jej sprawą próbuje wejść na rynek kanadyjski. - Wymaga to jednak czasu – mówi Adriana Rudnicka, dyrektor zarządzający Ewa Bis. - Eksportujemy świeże jabłka, ale trudno mówić o gwałtownym skoku i konkretach po roku obowiązywania umowy. Owszem, widzimy większe zainteresowanie ze strony Kanady, ale zniesienie ceł to nie wszystko. Trzeba pamiętać też, że choćby zdobycie certyfikatów fitosanitarnych jest dużym problemem. Rudnicka potwierdza, że rynek kanadyjski jest trudny z powodu silnego lobby producentów kanadyjskich, którzy bronią się przed towarem z Europy. Ale ma nadzieję ,że słupki będą szły w górę. - Umowa CETA nie jest kluczowym ale ważnym narzędziem przy zdobywaniu tego rynku .

O tym, że Kanada poszukuje produktów bez żadnych pozostałości środków ochrony roślin (nawet tych dopuszczonych), a najlepiej z certyfikatami żywności ekologicznej przekonuje też Barbara Groele, Sekretarz Generalny Krajowej Unii Producentów Soków. I przyznaje, że w Polsce, z uwagi na brak sadów sokowniczych (wyspecjalizowanych, o niskiej ochronie), trudno jest spełnić te kryteria. - Produkujemy niemal wyłącznie jabłka deserowe, z sadów chronionych, które z powodu nadprodukcji trafiają do przetwórstwa na soki zagęszczone. Groele przyznaje, że jeśli chodzi o eksport do Kanady, to są na początku drogi. - Warunki eksportu to nie tylko cena i cło. W UE, w tym również w Polsce, dopuszczone są inne środki ochrony roślin niż w Ameryce Północnej. Co więcej, Kanada poszukuje produktów bez żadnych pozostałości środków ochrony roślin (nawet tych dopuszczonych), a najlepiej z certyfikatami żywności ekologicznej. Niestety w Polsce z uwagi na brak sadów sokowniczych (upraw wyspecjalizowanych o niskiej ochronie), trudno jest spełnić te kryteria. Produkujemy niemal wyłącznie jabłka deserowe, z sadów chronionych, które z racji na nadprodukcję trafiają rokrocznie do przetwórstwa na soki zagęszczone. I dodaje, że po jednym roku nie można wyciągać żadnych wniosków. Istotne jest tylko, aby zapewnić właściwej jakości surowiec do produkcji soków, które spełnią wymagania rynku kanadyjskiego. Kluczowe jest tu tworzenie w Polsce wyspecjalizowanych sadów, odpowiadających oczekiwaniom wymagających klientów, czyli tzw. sadów sokowych, których w zasadzie obecnie nie mamy.

Wraz z wejściem w życie CET-y zniknęło ponad 90 proc. barier na produkty rolne. Wyjątkiem są m.in. mięso wołowe, wieprzowina i sery. Na produkty te ustalono kontyngenty 45 tys. ton, co odpowiada 0,6 proc. unijnego rynku wołowiny. Import wieprzowiny jest realizowany w ramach kontyngentu w wysokości 12 500 ton, od pierwszego roku i zwiększany co roku o 12 500 ton, aż do osiągnięcia 75 000 ton rocznie. - Do umowy CETA nie podchodziliśmy z obawami, ponieważ wiedzieliśmy, że Kanada w poprzednich latach nie wykorzystywała kontyngentów – tłumaczy Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso. Przed wprowadzeniem CET-y było to 5 549 ton, ale Kanadyjczycy nawet i tego nie byli w stanie wykorzystać, ponieważ wymagania UE co do norm fitosanitarnych były dla nich zbyt wysokie. Choiński uważa, że tak będzie i teraz, ponieważ UE raczej podnosi wymogi bezpieczeństwa w trosce o konsumenta. - Przestawianie systemu pod unijne wymogi mogłoby być dla Kanady nieopłacalne – dodaje Choiński, przypominając, że w Kanadzie produkcja wielkoprzemysłowa dopuszcza np. stosowanie hormonów wzrostu. - Podejrzewam, że Kanadyjczycy będą raczej starali się wysyłać do Europy swoje typowe produkty – np. syrop klonowy itp.

Takiej pewności nie ma Marcin Wojtalik z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności, który od początku sceptycznie oceniał umowę CETA. Wojtalik uważa, że ustalona w umowie współpraca regulacyjna, która zrównuje regulacje kanadyjskie z europejskimi może sprawić, że Europa dopiero będzie musiała negocjować z Kanadą na przykład konieczność pozostawienia zasady przezorności. – I wtedy może pojawić się pytanie, czy powinna ona obowiązywać , czy można ją poluzować ze względu na interesy partnera – mówi Wojtalik.Obecnie Polska eksportuje wieprzowinę, podobnie jak robiła to przed umową CETA. - Podstawowym rynkiem są jednak dla nas państwa UE, a Kanada, Wietnam czy inne tego typu kierunki to raczej wartość dodana, sposób na dywersyfikację eksportu – mówi prezes Choiński.

Także polskie słodycze decydowanie częściej trafiają do krajów UE niż np. do Kanady. Marek Przeździak - Prezes Zarządu Polbisco Stowarzyszenia Polskich Producentów Wyrobów Czekoladowych i Cukierniczych wyjaśnia dlaczego: - Polscy producenci jak najbardziej są zainteresowani poszerzaniem rynków
zbytu, zwłaszcza w krajach poza unijnych, w tym i w Kanadzie. Jednak nie tylko zniesienie ceł ma znaczenie, ale również aktywność polskich władz na poszczególnych rynkach. Mamy nadzieję, że zapowiedź Ministra Rolnictwa wzmocnienia działań promocyjnych polskiej żywności na świecie znacznie przyczyni się do zwiększenia obecności polskich słodyczy na rynkach krajów trzecich, w tym także i Kanady.

Co z ratyfikacją

CETA musi być ratyfikowana przez wszystkie państwa członkowskie UE, ale proces ten może trwać latami, gdyż nie ustalono konkretnej daty przyjęcia. Na razie umowę ratyfikowało 11 państw. Obecnie obowiązuje jedynie część handlowa umowy, a sporna część, dotycząca sądów inwestycyjnych czeka na postanowienia TSUE. Marcin Wojtalik z IGO uważa, że wyrok, zapowiadany na wiosnę 2019 roku, przyspieszy decyzje w sprawie ratyfikacji. - Można się spodziewać wtedy nawet pewnej presji i większość krajów będzie ratyfikować umowę w ciągu miesięcy, a nie lat. Ale jest wiele możliwości prawnych żeby tę sprawę przesuwać prawie w nieskończoność. O losach umowy zadecyduje więc trybunał, który zmierzy się z pytaniem, czy pozywanie państw przez koncerny do sądów arbitrażowych jest legalne w myśl prawa unijnego. O ile wewnątrz UE - jak się okazało - nie jest, o tyle nie ma pewności, jak zostanie to zinterpretowane w przypadku relacji transatlantyckich.