20 lipca minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak ogłosił, że „w celu przyspieszenia dostawy dywizjonowych modułów ogniowych wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych HOMAR MON postanowiło zakończyć postępowanie prowadzone według przyjętej w 2015 r. procedury i natychmiast rozpocząć negocjacje z amerykańską stroną rządową”. Przekładając z urzędniczej nowomowy na język polski: chodzi o zakup systemów artylerii dalekiego zasięgu zdolnej razić cele odległe nawet o 300 km. Wojsko Polskie takiej broni potrzebuje. I to bardzo. Przez ostatnie trzy lata negocjacje w sprawie ich zakupu prowadziła podlegająca resortowi obrony Polska Grupa Zbrojeniowa. Jej celem był nie tylko zakup tej broni, lecz także pozyskanie części technologii, według których się je wytwarza. Wiele osób postronnych twierdziło, że negocjujemy zbyt twardo, niekompetentnie, że nie mamy szans pozyskać tego, co chcemy, a cena będzie za wysoka. Ten zwrot sprzed dwóch tygodni pokazał, że teraz zakup będzie tak naprawdę z półki, czyli kupimy to, co Amerykanie produkują standardowo, nie oczekując nic w zamian. Amerykański koncern Lockheed Martin może zacierać ręce. Będący w stanie agonalnym państwowy przemysł zbrojeniowy może kopać sobie grób. Bo choć zapewne będzie taniej i być może szybciej, to już bez większych korzyści dla naszej zbrojeniówki. Takie podejście można zrozumieć – czas nagli, a my stoimy w miejscu.

Jednak warto na ten zakup spojrzeć w szerszym kontekście. Nie przypadkiem w tym samym czasie ogłoszono, że prezydent Andrzej Duda wkrótce spotka się z prezydentem Donaldem Trumpem, a tematem ich rozmowy ma być m.in. współpraca wojskowa. Pytaniem otwartym pozostaje, jak daleko polskie władze pójdą na kolejne ustępstwa wobec Amerykanów: czy zaraz dowiemy się, że kupujemy znakomite, ale bardzo drogie w utrzymaniu śmigłowce bojowe AH-64 Apache? Na tym zakupie mało skorzystają polskie zakłady śmigłowcowe. Czy nagle okaże się, że zakup patriotów jednak odbędzie się bez żadnego transferu technologii? Zdecydowanie tego nie wykluczam. Czy na modernizacji kupowanych przez nas używanych fregat z Australii zarobią głównie koncerny amerykańskie? Bardzo możliwe.

USA to nasz najsilniejszy sojusznik i w kategoriach realnej siły militarnej tylko ten kraj ma środki, by ewentualnie wspomóc nas w czasie napaści ze Wschodu. Jednak liczenie na to, że kupując sprzęt u amerykańskich koncernów zbrojeniowych, zapewnimy sobie bezpieczeństwo i obecność amerykańskich żołnierzy w Polsce, jest daleko posuniętą naiwnością. Oczywiście to poprawi dyplomatyczny klimat i stworzy możliwość do przedwyborczego podlansowania się polityków PiS na spotkaniu z prezydentem USA. Ale warto też pamiętać o tym, że za użytkowanie sprzętu będziemy płacić kilkadziesiąt lat. Początkowy zakup to tylko ok. 30 proc. kosztów tzw. cyklu życia uzbrojenia. Będziemy płacić dużo. Tymczasem wszystkie, poza jedną, amerykańskie jednostki wojskowe w Polsce są tak naprawdę na zachód od Wisły, a jak mi niedawno mówił jeden z wojskowych, nawet batalionowa grupa bojowa z Orzysza jest bardzo mobilna i jej przesunięcie to kwestia godzin.

My angażujemy się więc (finansowo) na lat kilkadziesiąt, a nasi amerykańscy przyjaciele nie. Oczywiście nie jest to relacja politycznych graczy tej samej ligi. Ale to nie znaczy, że musimy podchodzić do tej relacji, nie próbując ugrać realnych korzyści.

Mimo hucznych deklaracji o wstawaniu z kolan wydaje się, że w przypadku relacji z USA rację miał Radosław Sikorski, zresztą kiedyś związany z PiS. Daleki od politycznej poprawności w nielegalnie nagranej rozmowie prywatnej twierdził, że nasz stosunek do USA charakteryzuje pewna „murzyńskość”. W świetle ostatnich wydarzeń można się poważnie zastanawiać, czy aby nie miał racji.