Po 2008 r. i kryzysie, który doprowadził do upadku wielu ekonomicznych dogmatów, elastyczność w poglądach na gospodarkę stała się wręcz cnotą. Dziś zmiana zdania wśród osób odpowiedzialnych za politykę gospodarczą nie jest niczym nadzwyczajnym. Zmienia się świat, zmieniają ludzie i zmieniają ich opinie. Poza tym z wiekiem stajemy się trochę kimś innym, więc często dopasowujemy swój ogląd świata do własnych potrzeb. Ale trzeba przyznać, że niektóre wolty były wyjątkowo widowiskowe. Niektóre trwały latami, w innych przypadkach następowały błyskawicznie.

Liberalizm jak romantyzm

Dobrym przykładem takiej zmiany ewolucyjnej jest były premier, a dzisiaj przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. W 2007 r. szedł do zwycięskich dla Platformy Obywatelskiej wyborów z liberalnymi hasłami obniżki podatków, wprowadzenia całej palety uproszczeń i deregulacji dla przedsiębiorców oraz ograniczenia spędzających sen z powiek firmom częstych zmian prawa. Lekcja, którą odebrał, zmagając się z uderzającym w nas rykoszetem globalnym kryzysem finansowym, zmieniła dość radykalnie jego podejście i coraz rzadziej mówił, że ludziom trzeba dawać wędki, a nie ryby. W czerwcu 2013 r. tłumaczył swoją przemianę w wywiadzie dla „Polityki”: „Człowiek staje się coraz bardziej konserwatywny wraz z dojrzewaniem córki. Ale chcę też powiedzieć, że im dłużej jest się premierem, tym bardziej staje się w jakimś sensie socjaldemokratą. Bo kiedy się rządzi, to w żaden sposób nie można uciekać od odpowiedzialności za słabszych. W Polsce miliony ludzi ciągle potrzebują albo drogowskazu, albo opieki, albo pomocy, wrażliwość socjaldemokratyczna musi być obecna w praktyce rządzących”. Dopytywany, czy jest już konserwatywnym socjaldemokratą, Tusk przyznał, że opisuje go dobrze filozof Leszek Kołakowski hasłem liberalno-konserwatywnego socjalisty.

Zmiana poglądów Donalda Tuska miała charakter ewolucyjny i widać, że kluczem do jej zrozumienia jest stare powiedzenie: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Romantyzm liberalnych obietnic z czasów bycia w opozycji w latach 2005–2007 ówczesny lider PO zamienił na pozytywizm zarządzania państwem.

O ile Tusk dojrzewał, to jego kolega z Grecji, idąc do wyborów z rewolucyjnymi hasłami, sam przeszedł wewnętrzną rewolucję i po dojściu do władzy – na szczęście – większość z nich porzucił. Aleksis Tsipras na przełomie lat 2014 i 2015 trzymał w szachu pół świata. Wszytko wskazywało, że jego partia polityczna Syriza przejmie wkrótce władzę. Literalne potraktowanie jego przedwyborczych zapowiedzi wskazywało zaś, że to może oznaczać powolny rozpad strefy euro i kolejną falę kryzysu. Tsipras bowiem odrzucał warunki, na jakich Grecja otrzymuje pomoc finansową i pakiet restrykcyjnych oszczędności, który utrzymywał tamtejszą gospodarkę w recesji, ale był warunkiem dostania kolejnych wielomiliardowych przelewów, bez których państwo nie byłoby w stanie realizować swoich podstawowych zadań. Pół roku po wyborach zaakceptował jednak kolejne dictum Troiki, czyli Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Przekonywał posłów Syrizy i opozycji, że do listy wyrzeczeń należy dopisać kolejne pozycje i je zaakceptować, żeby kilkadziesiąt miliardów euro pozwoliło Grecji „przeżyć” kolejne miesiące.

Z rewolucyjnego zapału pozostał pragmatyzm rządzenia. Aleksisa Tsiprasa przed wyborami z Aleksisem Tsiprasem po wyborach w dużej mierze łączyła już tylko trwająca konsekwentnie niechęć do noszenia krawatów.

Za euro. A nawet przeciw

Bardzo ciekawą drogę przebył Jacek Rostowski, prawa ręka Donalda Tuska w czasie rządów PO-PSL. Była to droga długa i wyboista, ale jej przebycie zamieniło gorącego zwolennika przyjęcia euro w co najmniej pełnego rezerwy sceptyka.

W 2001 r. Jacek Rostowski i Andrzej Bratkowski zaprezentowali referat „Dlaczego jednostronna euroizacja ma sens w przypadku Polski i (niektórych) innych krajów kandydujących”. Tłumaczą w nim swój pomysł – ogłaszany już wcześniej – by Polska jednostronnie przyjęła wspólną europejską walutę. Miałoby się to stać „tak szybko, jak to jest praktycznie możliwe” i być przeprowadzone w pełnym zakresie: złotowa gotówka w obiegu i w bankowych skarbcach zostałaby zastąpiona banknotami i monetami euro, wszystkie lokaty w złotych, umowy prywatne, płace, zobowiązania podatkowe zostałyby przewalutowane na euro po kursie, jaki wybrałby rząd. Potrzebne euro miałby kupić Narodowy Bank Polski za część swoich rezerw walutowych.

Po co? Ogólnie rzecz biorąc, wymusiłoby to nieco szybsze dopasowanie polskiej gospodarki do gospodarki strefy euro bez konieczności wcześniejszego wypełniania tzw. kryteriów konwergencji (czyli np. odpowiednio niskiej inflacji czy poziomu stóp procentowych). Autorzy referatu szacowali, że po jednostronnym przyjęciu euro stopy procentowe w Polsce – wówczas wysokie – powinny spaść, co przełożyłoby się m.in. na zmniejszenie wydatków budżetowych i byłoby mocnym impulsem dla gospodarczego wzrostu. Polska dopiero aspirowała do członkostwa w Unii Europejskiej, więc eksperci zakładali, że taki zabieg przyspieszyłby też akcesję.

Dodajmy przy tym, że propozycja Rostowskiego i Bratkowskiego nie była oderwana od rzeczywistości. O nieco łagodniejszym wariancie – czyli powiązania kursu złotego z euro – mówili przedstawiciele ówczesnych władz, z wicepremierem Grzegorzem Kołodką na czele. W 2002 r. snuł on wizje wejścia Polski do strefy euro w roku 2006. Wedle jego słów z tamtego okresu Ministerstwo Finansów i NBP miały nawet pracować nad zmianą reżimu kursowego, by cały ten proces przeprowadzić sprawnie.

Zarówno Rostowski, jak i Bratkowski oraz Kołodko byli wówczas przekonani, że strefa euro to jest coś, do czego powinniśmy za wszelką cenę zmierzać. Bo członkostwo w niej zapewni nam kursowe bezpieczeństwo. Z całej trójki konsekwentny w swoich poglądach z pewnością pozostał prof. Kołodko. Profesor Rostowski zmienił zdanie, gdy został ministrem. Choć trzeba przyznać, że był to proces stopniowy. Jeszcze na początku 2009 r., krótko po wybuchu kryzysu, wypominał poprzednikom (czyli PiS), że zmarnowali najlepszą szansę na przyjęcie wspólnej waluty w latach 2006–2007.

„Teraz płacimy za tamte błędy. Ponosimy koszty w postaci słabszego złotego, większej premii za ryzyko długu państwa i faktu, że nasze możliwości zwiększenia deficytu są o wiele mniejsze niż w Portugalii czy nawet Grecji, już nie mówiąc nawet o Słowacji” – mówił w Sejmie. Po czym dodał, że wierzy w przystąpienie do Eurolandu 1 stycznia 2012 r.

Wejście do strefy nie nastąpiło i zaczęło się oddalać z każdym rokiem. Minister finansów, a potem wicepremier Jacek Rostowski o Eurolandzie wypowiadał się z coraz większą rezerwą. Najpierw zaczął mówić, że nie ma się co spieszyć.

„Nie wyobrażam sobie, abym był wicepremierem, ministrem finansów, a nawet żebym był w polityce wtedy, gdy Polska przystąpi do strefy euro. Bo mamy dużo do zrobienia, żeby Polskę tak przygotować do tego członkostwa, by na tym przystąpieniu skorzystała” – stwierdził w wywiadzie dla RMF FM na początku 2013 r. Z upływem czasu okazało się, że to nie tylko Polska nie jest gotowa, ale też i sama strefa euro działa źle i „zasadniczo jest źle skonstruowana”. Takiego zwrotu Rostowski użył w rozmowie z TVN24 BiS w sierpniu 2015 r. – gdy już przestał być ministrem finansów. „Jeśli coś jest źle skonstruowane, to nim się dołączymy, to musi być naprawione. Ja do samochodu bez hamulców bym nie wsiadał” – stwierdził wówczas – już były – minister.

Poglądy zmienne jak wszystko

Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że pogląd Jacka Rostowskiego na euro w tamtym czasie – czyli krótko po wybuchu kryzysu zadłużenia w Eurolandzie – nie był odosobniony. Już w 2011 r. ówczesny prezes NBP Marek Belka mówił, że przystąpienie do strefy euro byłoby mniej korzystne dla Polski, niż się to wcześniej wydawało. Uzasadniał to stwierdzenie tym, że kryzys zweryfikował kilka tez, które stawiano, uzasadniając potrzebę rychłego członkostwa w strefie. Na przykład taką, że większy napływ kapitału, jaki wiązałby się z przyjęciem euro, poprawi konkurencyjność polskiej gospodarki. Według Belki kryzys pokazał, że to tak jednak nie działa.

U byłego prezesa NBP też poglądy stopniowo ewoluowały, choć wektor tej ewolucji był raczej przeciwny do tego, którego trzymał się Jacek Rostowski. W 2014 r. szef banku centralnego podczas wykładu na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach mówił, że bilans ryzyk i korzyści związanych z ewentualnym wejściem do strefy euro jest nadal ujemny.

– Z tego punktu widzenia nie zachęcam do pośpiechu – stwierdzał Belka. Ale jednocześnie zwracał uwagę, że coraz większą rolę odgrywa polityczny pierwiastek wspólnego obszaru walutowego. Mianowicie taką, że Euroland jest zaczynem ściślejszej integracji krajów członkowskich. A Polska, świadomie wykluczając się z uczestnictwa w tym projekcie, skazuje się na europejski margines.

Ale mocne „za” z ust Marka Belki wybrzmiało dopiero wtedy, gdy przestał on pełnić funkcje publiczne. Wystarczyło kilkanaście miesięcy poza bieżącą polityką i funkcjami publicznymi, aby Marek Belka nie miał już większych obiekcji co do waluty UE i mówił: „Zamknijmy oczy i wskoczmy do basenu z euro”. Dopytywany przez nas, skąd taka radykalna zmiana, miał już pod ręką wygodny cytat z ekonomisty Johna Maynarda Keynesa: „Kiedy zmieniają się fakty, ja zmieniam zdanie. A pan?”. Dla byłego prezesa NBP fakty się zmieniły. Wyartykułować zaś zmianę poglądów z pozycji osoby prywatnej było mu o wiele łatwiej. Gdyby nawoływał do szybkiego przystąpienia przez Polskę do Eurolandu z pozycji bankiera centralnego, to konsekwencje jego słów widzielibyśmy na rynku walutowym czy giełdzie. Z dużą dozą pewności można też zakładać, że takie słowa umieściłyby go na pierwszych stronach największych światowych dzienników.

Podczas dyskusji zorganizowanej przez Instytut Nauk Ekonomicznych PAN w lutym tego roku profesor stwierdził, że wejście Polski do strefy euro mogłoby pomóc rozwiązać jeden z największych problemów naszej gospodarki, czyli niską podaż kapitału. „Wiele lat powtarzałem, że nie należy się spieszyć z wejściem do strefy euro, więc dlaczego zmieniłem zdanie? Bo na lepsze zmienia się strefa euro, a długofalowe perspektywy polskiej gospodarki zmieniają się na gorsze” – mówił.

Choć opinia Marka Belki była już prywatna, to i tak się przebiła, i nawet zapoczątkowała krótką debatę o tym, czy nadszedł czas, aby znów myśleć o euro jako opcji w przewidywalnej perspektywie czasu. Siła rażenia słów byłego szefa banku centralnego była już jednak ograniczona. Liderzy rządzącego PiS zaś szybko zgasili dyskusję, wskazując, że dopóki to oni sprawują władzę, złoty pozostanie w portfelach Polaków. Faktem jest, że nawet jeśli przestaną ją sprawować, a wciąż pozostaną liczącą się siłą polityczną, to strefa euro pozostanie dla nas odległą perspektywą, bo żeby na poważnie myśleć o wejściu do niej, trzeba mieć możliwość zmiany konstytucji.

Chcę do OFE, ale wybieram ZUS

Jeden z najbardziej widowiskowych zwrotów zaliczył Mateusz Szczurek, minister finansów w rządzie PO-PSL. Zanim objął rządową funkcję, przez wiele lat był głównym ekonomistą Banku ING o dość prorynkowych poglądach. Historia zmiany zdania w sprawie OFE u Mateusza Szczurka to też przykład tego, jak pogląd na konkretne zagadnienie może szybko zostać zarzucony i zastąpiony innym. Gdy w 2011 r. dziennikarka „Rzeczpospolitej” zapytała go o opinię w sprawie cięcia składki do OFE, jakie zaproponował rząd PO-PSL, utyskiwał, że w ten sposób wyeliminowano poważnego gracza z rynku. „Tym samym uzależnił się w większym stopniu od inwestorów zagranicznych, którzy są podatni na panujące na świecie nastroje. Jeśli sytuacja w Polsce bądź na świecie będzie się pogarszała, zażądają oni wyższej ceny za kupno naszych papierów” – mówił wtedy Mateusz Szczurek.

Dwa lata później w roli ekonomisty bankowego udzielił wywiadu Telewizji Republika. Rozmowa dotyczyła zaprezentowanych właśnie przez rząd Donalda Tuska kolejnych planów zmian w otwartych funduszach emerytalnych. A konkretnie przeniesienia połowy aktywów funduszy do ZUS i możliwości wyboru dla ubezpieczonych, gdzie będą chcieli odprowadzać część składki, która wcześniej trafiała do OFE – czyli nadal do funduszy, czy może jednak na subkonto w ZUS. Główny ekonomista Banku ING z rezerwą wypowiadał się o skutkach planowanej reformy, rozważając m.in., czy więcej warte jest zobowiązanie państwa w postaci obligacji skarbowych (które były wówczas główną składową aktywów OFE), czy deklaracje ZUS o waloryzacji odkładanego na kontach kapitału emerytalnego.

Jednak kluczowa była odpowiedź na pytanie, jaką decyzję podejmie ekonomista Mateusz Szczurek w sprawie swojej składki. „Ja akurat wybiorę OFE na początku, choćby dlatego że opłaty za zarządzanie będą mniejsze, poza tym podejrzewam, że ta decyzja będzie nieodwracalna. A przejść do systemu publicznego zawsze będzie można” – odpowiedział wówczas.

Zmiana w poglądach nastąpiła prawie dokładnie dwa miesiące później, gdy premier Tusk zapowiedział, że to właśnie Mateusz Szczurek zastąpi Jacka Rostowskiego na stanowisku szefa resortu finansów. Minister elekt zaraz potem dał się namówić telewizji TVN CNBC na wywiad. Tam dziennikarze przypomnieli mu, co deklarował we wrześniu. Żeby zrozumieć, w jak kłopotliwej sytuacji znalazł się nowy minister, trzeba przypomnieć kampanię, jaką rząd prowadził w sprawie OFE. Niby rząd zostawił wybór, ale domyślnie wszyscy ubezpieczeni byli zapisywani do ZUS i żeby nadal odkładać do funduszy, trzeba było składać specjalne deklaracje.

„Nie wchodziłbym do tego rządu, gdybym był przeciwnikiem ustawy o OFE” – mówił w wywiadzie dla TVN CNBC Mateusz Szczurek. A w wyborze „OFE czy ZUS” nie był już tak kategoryczny, jak podczas wrześniowej rozmowy. Swoją tamtejszą wypowiedź tłumaczył tym, że obawiał się nieodwracalności wyboru, a okazało się, że tej nieodwracalności nie ma. I tak naprawdę to jeszcze nie zdecydował. Ale nie dało się unikać odpowiedzi na to pytanie w nieskończoność. Decyzja została ogłoszona w sierpniu 2014 r. „Minister wybrał ZUS” – ogłosiła na łamach „Faktu” ówczesna rzeczniczka MF Wiesława Dróżdż.

Punkt siedzenia

Myli się jednak ten, kto sądzi, że zmiana zdania to domena byłych ekonomistów-polityków (czy też polityków-ekonomistów). Coś takiego odbywa się właśnie na naszych oczach w Ministerstwie Finansów. Od dwóch lat w debacie ekonomicznej w Polsce trwa spór, czy PiS system podatkowy uszczelnił i trwale odbudował dochody, czy pojechał na gapę, korzystając z dobrej koniunktury gospodarczej na świecie i w Polsce, która pozwala chwalić się dwucyfrowymi dynamikami wzrostu wpływów podatkowych. Prawda jest gdzieś pośrodku. Jednak osoby, które z rewolucyjnym żarem w oczach dzisiaj uszczelniają VAT i walczą z agresywnymi optymalizacjami w podatkach dochodowych, same musiały zasiąść dopiero na czele urzędniczej machiny, która może coś tutaj zrobić. I są bardzo dobrym przykładem tego, jak punkt widzenia na konkretną sprawę zmienia się w zależności od punktu siedzenia.

Na przykład wiceminister finansów Paweł Gruza – dziś gorąco wspiera pomysł PiS na powołanie komisji śledczej, która zbada odpowiedzialność urzędników państwowych za czasów PO-PSL za to, że dochodziło do rosnących wyłudzeń i problemów ze ściąganiem do kasy państwa dochodów z VAT czy akcyzy. Gruza uważa, że wiedza o tych procederach była w Ministerstwie Finansów powszechna, a bierność polityczna poprzedniej ekipy wymaga wyjaśnienia. Ale doradca podatkowy Paweł Gruza, pracując przez lata pod drugiej stronie barykady, czyli doradzając firmom w zakresie podatków, nie był aż tak zdecydowanym orędownikiem wypowiedzenia totalnej wojny wszystkim, którzy przyczyniają się do wzrostu luki w VAT. W publikowanych przez niego analizach i artykułach widać raczej, że największymi problemami dla obecnego wiceministra finansów były nadmierne skomplikowanie przepisów podatkowych, niestabilność prawa i opresyjność aparatu skarbowego. Miał rację, ale w czasach, gdy apelował, aby system podatkowy uczynić prostszym i bardziej efektywnym, skala strat państwa z podatków była już realnym problemem, który nie zajmował wówczas specjalnie nikogo, w tym Pawła Gruzy. Jeszcze w latach 2011–2012 jako ekspert Fundacji Republikańskiej chwalił jako ambitne exposé Donalda Tuska, w którym ten zapowiadał radykalną deregulację systemu podatkowego. Wskazywał, że przedsiębiorcy sami musieli sobie wywalczyć w sądach zniesienie sankcji w VAT czy kaucji gwarancyjnej. PiS je przywrócił jako jedne z działań uszczelniających, Paweł Gruza dzisiaj chce rozliczać poprzedników za zaniedbania, a uproszczenie podatków, chociaż jest na liście działań fiskusa, zostało odłożone na bliższą lub dalszą przyszłość.

W kontekście podatkowym warto przypomnieć, że dekadę temu wśród polityków panowała zgoda co do tego, że przedsiębiorcom trzeba uczynić życie łatwiejszym. Zmiany przepisów wielu uczciwym pomogły, ale przy okazji stworzyły cieplarniane warunki do działania zawodowym oszustom, którzy utrzymywali się z wyłudzania od państwa pieniędzy.

Znakiem tego, jak czas i stanowisko potrafią zmieniać poglądy, jest też Wojciech Śliż, którego do Ministerstwa Finansów ściągnął Paweł Gruza i postawił na czele jednego z najważniejszych departamentów, zajmującego się podatkiem od towarów i usług. W 2008 r. myślał podobnie jak niemal cały Sejm, że 30-proc. sankcja w VAT powinna zostać zlikwidowana. Przedstawiał z pozycji eksperta i starszego menedżera w firmie doradczej PricewatershouseCoopers (obecnie PwC) argumenty dla posłów z tzw. komisji Przyjazne Państwo za tym, że sankcja powinna zniknąć. PiS po wyborach sankcję przywrócił, powszechne przekonanie sprzed dekady, że los przedsiębiorców jest ważniejszy od dochodów budżetowych, nie jest dzisiaj dominujące, Wojciech Śliż jest jedną z kluczowych osób pracujących na rzecz uszczelnienia systemu podatkowego, a jego poglądy ewoluowały razem z przekonaniami wielu ekspertów. Co ciekawe, ewolucja ta przyspieszała wraz z przekroczeniem murów budynku przy ul. Świętokrzyskiej w Warszawie, gdzie mieści się siedziba Ministerstwa Finansów. I często była ona najgłębsza, a czasem zamieniała się w rewolucję światopoglądu. Piękne hasła wygłaszane z pozycji eksperckich, akademickich czy opozycyjnych trafiały do najgłębszych szuflad tuż po tym, jak od człowieka zaczynało coś zależeć.