Wraz ze wzrostem dochodów konsumenta, udział wydatków na żywność spada. Tak przynajmniej wynika z XIX- wiecznego prawa Engla. Dotychczas, taka zależność występowała także w Polsce: im bardziej się bogaciliśmy jako społeczeństwo, tym mniejszy był udział żywności w naszych wydatkach. Na początku lat 2000, gospodarstwa domowe przeznaczały aż jedną trzecią swojego budżetu na artykuły spożywcze. W 2010 roku, udział wydatków na żywność spadł do niecałych 24 procent, osiągając najniższy poziom w historii.

Jednak od tamtej pory, mimo wzrostu dochodów, gospodarstwa domowe przeznaczają podobną część swojego budżetu na produkty spożywcze. Jak wynika z danych GUS, w 2017 roku odnotowaliśmy wręcz wzrost udziału wydatków na żywność, stanowił on bowiem 24,36 procent. Warto przy tym podkreślić, że przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wyniosło 4271 złotych w 2017 roku, o 1000 złotych więcej niż w 2010 roku (3224 złotych brutto). Średnia stopa inflacji wyniosła w tym czasie 1,6 procent.

W świetle teorii mikroekonomicznych, dochodowa elastyczność popytu na żywność jest elastyczna (waha się w przedziale 0,1). Najprościej rzecz ujmując oznacza to, że produkty spożywcze są dobrem zwykłym, czyli takim, które chętniej kupimy, jeśli więcej zarobimy. Jednak wraz ze wzrostem dochodów powinniśmy przeznaczać na nie relatywnie mniejszą część naszego budżetu, wydając na dobra luksusowe, na które dotychczas nie mogliśmy sobie pozwolić. Tak przynajmniej wynika z teorii.

Skoro więc teoretycznie nasze wynagrodzenie wzrosło średnio o 1000 złotych, to na zakupy spożywcze powinniśmy przeznaczać mniejszą część naszego budżetu, tak się jednak nie dzieje. Dlaczego?

Ernst Engel formułując swoją teorię w drugiej połowie XIX wieku, obserwował konsumentów w Saksonii, Belgii czy Anglii. Nawet jeśli te dwie ostatnie były potęgami handlowymi to w zupełnie innym niż obecnie pojęciu. Chociaż w Wielkiej Brytanii, która była symbolem wolnego handlu, żegnano się z XVIII- wiecznym protekcjonizmem to nadal utrzymywano dziesiątki taryf na produkty rolne i alkohole. Innym wyzwaniem były problemy logistyczne związane z przetransportowaniem i przechowaniem żywności. Europejscy konsumenci, zarówno na Wyspach, a tym bardziej na kontynencie mogli tylko pomarzyć o tym, co teraz jest oferowane w zwykłym dyskoncie: bananach z Ekwadoru, krewetkach z Tajlandii czy włoskim winie. Mogli konsumować przede wszystkim produkty lokalne.

Zachód na talerzu

Niemiecki statystyk nie zakładał więc w swojej teorii, że konsumenci będą szukać droższych substytutów w tej samej grupie produktowej. Zamiast kupować bardziej powszechne, ale tańsze produkty wybiorą te o bardziej egzotyczniej brzmiących nazwach. W czasach Engla było to praktycznie niemożliwe. Takie działania miały miejsce, ale były raczej błędem statystycznym niż regułą.

Żywność stała się wręcz wyznacznikiem statusu społecznego, co jest szczególnie widoczne w naszym regionie. Mieszkańcy dawnego bloku komunistycznego, nie tylko chcą wyglądać i żyć jak obywatele Zachodu, ale jeść podobne produkty. Znajduje to także odzwierciedlenie w statystykach. Według Eurostatu, w krajach nowej Unii udział wydatków na żywność jest o 7-8 punktów procentowych większy (waha się w przedziałach 21-24 procent) niż w krajach starej Unii. Dane te wskazują także na inny ważny problem: relatywnie wysoki koszt produktów spożywczych w dawnym bloku socjalistycznym.

Jedzenie z Instagrama ląduje w śmieciach

Z pewnością na zachowania konsumentów mają także wpływ media społecznościowe. To one coraz częściej oddziałują na preferencje zakupowe i żywieniowe. Użytkownicy zaczynają traktować produkty spożywcze jako dobro komplementarne do zdrowego trybu życia. Nie tylko coraz częściej uprawiają sport, ale szukają właściwej diety. A to kosztuje. Konsumenci wybierają chętniej produkty z etykietą bio lub eko, wydając odpowiednio więcej. Poszukują także żywności regionalnej, która z punktu widzenia Engla byłaby niezrozumiale droga. Jest to paradoks globalnej gospodarki: taniej (nawet przy uwzględnieniu kosztu transportu) jest sprowadzić czosnek z Chin niż wyhodować na Dolnym Śląsku.

Problemem, który ma niebagatelny wpływ na nasz budżet jest marnowanie żywności. Pod tym względem, Polacy są na niechlubnym 5. miejscu w Unii Europejskiej (wyprzedzają nas, m.in. Holendrzy, Belgowie i Estończycy). Według szacunków Komisji Europejskiej, marnujemy około 10 procent kupowanych produktów spożywczych, co daje równowartość 14 miliardów złotych. To jest prawie trzy razy więcej niż kwota, którą rząd przeznaczy w tym roku na waloryzację emerytur.

Inną kwestią jest wszechobecna moda na gotowanie i popularność blogerów kulinarnych. Z każdej strony jesteśmy zalewani informacjami na temat tego co powinniśmy jeść, w jaki sposób i kiedy. Setki użytkowników wrzucają co minutę zdjęcia swoich talerzy. Gotowanie i konsumowanie stało się więc sposobem na spędzanie wolnego czasu. Niektórzy zaczęli więc traktować żywność jako substytut usług czasu wolnego takich jak wyjście do muzeum i kina. Awokado staje się więc tak samo dobrem luksusowym jak perfumy.