Tylko w 2016 i 2017 r. wojsko w całym kraju wnioskowało o zajęcie ok. 5 tys. pojazdów i maszyn oraz 8 tys. nieruchomości – dowiedzieliśmy się w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego (SGWP). Przedsiębiorcy są często zaskoczeni decyzją. I przerażeni wizją, że ich luksusowa terenówka, ciężarówka, samochód chłodnia miałyby trafić na zakurzony, pełen wyrw poligon. Nic dziwnego, że fora dyskusyjne są pełne porad, jak uciec przed obowiązkiem: jedni zbywają pojazd, by zarejestrować go w innym województwie; inni udają, że auto jest w złym stanie technicznym. Jednak wojsko uspakaja, że wizja taplającego się w błocie w czasie pokoju auta cywila jest fałszywa. A decyzja o przeznaczeniu sprzętu na rzecz wojska na wypadek wojny czy mobilizacji nie oznacza wezwania do fizycznego przekazania go wojsku. Jeżeli właściciele sprzętu są wzywani, to tylko po to, aby armia mogła zobaczyć sprzęt i ocenić jego przydatność.

– W czasach pokoju armii nie interesuje praktyczne używanie pojazdów i nieruchomości cywilów. Nie korzystaliśmy w ostatnich latach z własności cywili także w przypadku klęsk żywiołowych, bo dysponujemy własnym sprzętem – twierdzi SGWP. A resort obrony, aby przekonać Polaków do świadczeń na rzecz ojczyzny, przygotował projekt nowelizacji ustawy, która przewiduje rekompensatę niedogodności związanych z obowiązkiem; m.in. wypłacana ma być nowa należność finansowa (oprócz istniejącego ryczałtu za używanie) za samo utrzymanie w sprawności przedmiotu świadczenia rzeczowego.

Ale pomysł dodatkowego płacenia za coś, co jest obowiązkiem wobec ojczyzny, nie wszyscy uznają za dobry. Niektórzy eksperci uważają, że lepszym rozwiązaniem byłoby poinformowanie i przekonanie przedsiębiorców, że armia potrzebuje ich sprzętu, ale to nie oznacza, że chce go natychmiast zabrać. No i właśnie tego chyba brakuje przedsiębiorcom: wiedzy, po co wojsko wysyła wnioski i jak wygląda procedura.

TO TYLKO FRAGMENT TEKSTU. CAŁY ARTYKUŁ PRZECZYTASZ W TYGODNIKU GAZETA PRAWNA