„Sport wydaje nam się o wiele ciekawszy niż na przykład sztuka czy literatura współczesna” – to wyznanie pojawia się już na wstępie tej książki. I od razu wiadomo, że będzie ostro. Bo można by przecież oczekiwać, że filozofowie jak to filozofowie. Sportem raczej wzgardzą. Ewentualnie (bywa czasem i tak) posnobują się na niego troszeczkę, wymieniając z pamięci cały skład Legii Warszawa z czasów Leszka Pisza (dla tych, którzy nie wiedzą, chodzi o połowę lat 90.). Ale nie. Sowa i Wolański nie robią ani jednego, ani drugiego. Sport traktują najzupełniej poważnie. Odnajdując w nim wszystko, co krytycznego badacza interesować powinno: media, celebryctwo, wielki kapitał, nacjonalizm, konsumpcję, kulturę masową, globalizację, klasizm, oderwanie elit od dążeń klas niższych, a nawet transhumanizm i technologiczne ingerencje w ciało (doping, protezy Pistoriusa).

Jak na dobrze napisaną książkę przystało, jej główną myśl da się opowiedzieć dość łatwo. Chodzi tu bowiem o to, że kapitalizm przejął sport. Wszechogarniająca logika rynkowa po prostu go wchłonęła. Zasymilowała. Pierwsza faza miała miejsce na przełomie XIX i XX wieku, gdy nastąpiło pozorne wskrzeszenie idei olimpijskiej. A także powołanie międzynarodowych organizacji, takich jak krajowe federacje piłkarskie, a potem FIFA czy MKOl. Tak naprawdę jednak – przekonują Sowa i Wolański – doszło wówczas do wpisania sportu (sposobu spędzania czasu wolnego) w logikę działania machiny kapitalizmu. Nieprzypadkowo West Ham United – jeden z najstarszych klubów piłkarskich na Wyspach – powstał z inicjatywy właściciela huty Thames Ironworks, by dać się robotnikom wybiegać i odciągnąć ich nieco od związkowego spiskowania. Druga faza wydarzyła się stosunkowo niedawno, gdy na naszych oczach doszło do gentryfikacji sportu. Zwłaszcza takich siermiężnych dyscyplin jak piłka nożna. Które starannie wypolerowano z plebejskich i równościowych naleciałości, jakimi obrosły przez sto lat z okładem. Ta druga faza ma wiele przejawów. To powstanie stadionów z lożami VIP-owskimi. Uczynienie rozgrywek w pełni kompatybilnymi z logiką działania telewizji. Lecz także rozjeżdżanie się zarobków supergwiazd współczesnego sportu z całą resztą społeczeństwa czy kolonialna postawa międzynarodowych organizacji sportowych wysysających zasoby (finansowe, ekologiczne) z całego otoczenia przy okazji mundiali albo igrzysk olimpijskich. Tak jak choćby w brazylijskim Rio w latach 2014–2016.

Magazyn 17.11

Magazyn 17.11

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Książka Sowy i Wolańskiego stanowi więc na polskim rynku bardzo potrzebny ewenement. To pierwsza na rodzimym gruncie próba odzyskania sportu przez lewicę. W kontrze zarówno wobec wyczuwającej istniejący tu wspólnotowy potencjał prawicy, jak i przyklaskujących dalszej komercjalizacji (szybciej, wyżej, drożej) liberałów. Czy sport uda się uratować? To pytanie urasta u Sowy i Wolańskiego do zadumy nad przyszłością całego społeczeństwa wstrząsanego sprzecznościami realnie istniejącego kapitalizmu. Odpowiedzi oczywiście nie ma. Ale przecież to nie o nią chodzi. Chodzi o namysł. Bez popadania w postmodernistyczną depresję, że nic się nie da zrobić.