Wzrost zadłużenia widać w comiesięcznych zestawieniach publikowanych przez Ministerstwo Finansów. W ostatnich resort podał, że na koniec września według szacunkowych danych dług wyniósł 940,8 mld zł. Rok wcześniej niecałe 903 mld zł.

To słodko-gorzkie dane. Z jednej strony widać, że dług mniej więcej od czerwca przestał rosnąć. Właśnie wtedy budżet dostał potężny zastrzyk gotówki z zysku NBP za ubiegły rok (prawie 9 mld zł), uzyskując pierwszą z serii miesięcznych budżetowych nadwyżek. Dzięki temu ministerstwo mogło niemal zaprzestać emitowania nowych obligacji.

Z drugiej jednak strony dobra sytuacja w budżecie utrzymuje się od początku tego roku i to nie tylko dzięki ekstrawpływom, ale też niższym wydatkom. Na koniec września były one nawet nominalnie mniejsze niż rok wcześniej, bo wyniosły 258,5 mld zł w porównaniu do 259,2 mld zł. Co oznacza, że ciśnienie na zwiększanie zadłużenia nie powinno być duże, nawet w pierwszej połowie roku.

Co się stało? Ministerstwo Finansów pożycza na zapas. Bo mniejsze wydatki i nadwyżka w budżecie rzeczywiście zmniejszają potrzeby pożyczkowe. Zadłużenie z tego tytułu po ośmiu miesiącach (to ostatnie dostępne dane) było o 13,6 mld zł mniejsze niż na koniec 2016 r. Ale MF zbierał zaskórniaki, emitując obligacje, choć nie było takiej potrzeby. W sumie dług z tego powodu przez osiem miesięcy zwiększył się o 33 mld zł.

Eksperci zwracają uwagę, że taka polityka resortu może wynikać z tego, że ministerstwo dobrze wie, że niebawem budżetowa nadwyżka zamieni się w deficyt, który trzeba będzie jakoś sfinansować. Ponad 70 mld zł zgromadzonych już na rachunkach doskonale się do tego nada.

– Tym bardziej że nadwyżka w dużym stopniu jest efektem jednorazowych zdarzeń, a nie jakiejś strukturalnej zmiany. Najpierw w styczniu i w lutym budżet zyskał ok. 6 mld zł na tym, że nie musiał wypłacać zwrotów VAT – bo wypłacił je już w grudniu poprzedniego roku. Potem, w czerwcu, dostał pieniądze z NBP. W pozostałych miesiącach tak silnych pozytywnych efektów nie było – mówi Grzegorz Maliszewski, ekonomista banku Millennium.

Jego zdaniem, przy tak dobrej koniunkturze w gospodarce jak obecnie, budżet nie powinien się dodatkowo zadłużać – ale robi to, bo być może resort finansów zakłada, że niebawem sytuacja się pogorszy.

– Dane o zadłużeniu wskazują, że nikt nie myśli o tworzeniu jakichś buforów w budżecie w czasie, gdy gospodarka się rozwija. Chodzi o to, by zmniejszać wydatki, jeśli jest taka możliwość. Tymczasem MF robi wszystko, by wydawać jak najwięcej. Po to prawdopodobnie są dwie nowelizacje tegorocznego budżetu – mówi Grzegorz Maliszewski.

Zwraca uwagę, że już w pierwszej zagospodarowano 9 mld zł zaoszczędzonych w ciągu roku. A rząd przymierza się do kolejnych tego typu zmian. Polska pod tym względem idzie trochę pod prąd tendencjom w Unii Europejskiej. Nadwyżkę w budżecie wypracowują Niemcy, Czesi również będą mieli plus w swojej państwowej kasie.

– To jest właśnie ostrożna polityka, u nas nie widać prób tworzenia takiego bufora bezpieczeństwa na wypadek wybuchu jakiegoś kryzysu – mówi ekonomista banku Millennium.

Piotr Bielski, ekonomista banku BZ WBK, dodaje, że być może rząd wcale celowo nie chce się oddłużać i liczy na efekt „wyrastania z długu”. Chodzi o to, że przy zachowaniu mniej więcej stałego poziomu zadłużenia liczony w miliardach złotych dług w ujęciu do produktu krajowego brutto będzie malał wraz z rozwojem gospodarki.

– Być może uda się to osiągnąć nawet w tym roku. Już teraz w relacji do PKB dług jest mniejszy niż w 2016 r. Ale to nie jest maksimum teoretycznych możliwości ograniczania zadłużenia – mówi.

Bielski zwraca uwagę, że rząd trochę próbuje pogodzić ogień z wodą. Z jednej strony jest dość hojny w transferach społecznych. Sam program „Rodzina 500 plus” to około 23 mld zł rocznie, a efekt obniżenia wieku emerytalnego to kolejne 9 mld zł kosztów. Z drugiej strony próbuje utrzymać porządek w finansach publicznych, w czym pomaga mu gospodarczy wzrost.

W tym kontekście przyrost długu Skarbu Państwa można potraktować jako przejaw ostrożności: zadłużamy się teraz, choć nie musimy, bo mamy niskie stopy procentowe, co sprawia, że zadłużenie jest tańsze. Lepiej taniej zebrać możliwie dużo zaskórniaków, zakładając, że dobra sytuacja w budżecie nie jest dana raz na zawsze.