statystyki

Nie takie piękne Chiny. Na czym polega pragmatyzm komunistów?

autor: Sebastian Stodolak05.11.2017, 12:50; Aktualizacja: 05.11.2017, 12:56
Komuniści są przekonani, że bankowość, energetyka czy telekomunikacja wciąż będą miały się lepiej pod ich bezpośrednią kuratelą, a ktokolwiek postulowałby oddzielenie partii od tych sektorów, to dysydent chcący tylnymi drzwiami wprowadzić demokrację

Komuniści są przekonani, że bankowość, energetyka czy telekomunikacja wciąż będą miały się lepiej pod ich bezpośrednią kuratelą, a ktokolwiek postulowałby oddzielenie partii od tych sektorów, to dysydent chcący tylnymi drzwiami wprowadzić demokracjęźródło: ShutterStock

Europa chce, a tak naprawdę musi i powinna, uśmiechać się do autorytarnego rządu Chin. Co to oznacza dla nas i tak hołubionej przez Zachód demokracji?

Reklama


Komunistyczni przywódcy uwielbiają słuchać własnego głosu. Jak inaczej wytłumaczyć to, że ich oficjalne przemówienia ciągną się po kilka godzin? Fidel Castro wsławił się np. tym, że w 1986 r. wygłosił na partyjnym kongresie w Hawanie przemówienie trwające 7 godz. i 10 min. Członkowie partii musieli w tym czasie nie tylko starać się nie zasnąć, lecz także udawać zainteresowanych, a na końcu znaleźć siłę do gromkich oklasków.

Przemówienia komunistów w treści są całkowicie przewidywalne – wygrażanie amerykańskim imperialistom przeplata się w nich z pochwałami rozwoju własnej gospodarki i snuciem wielkich planów na przyszłość. Innymi słowy, kłamie się w nich narodowi w żywe oczy.

Na tym tle mowa, którą 18 października wygłosił na XIX Zjeździe Komunistycznej Partii Chin w Pekinie przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinping, jest wyjątkiem. Dokładnej analizy, zrozumienia i wzięcia całkiem serio wymaga każda jej minuta, mimo że mowa trwała w sumie niemal 3,5 godz. Dlaczego? Ponieważ cel, który Xi Jinping w niej wyznaczył – tj. by „Chiny do 2050 r. stały się wiodącą globalną potęgą” zarówno w wymiarze gospodarczym, jak i militarnym – to cel całkowicie realistyczny. To z kolei oznacza porażkę demokracji: oto najbardziej liczącą się potęgą świata może stać się autorytarny reżim. A stąd tylko o krok do rozpowszechnienia się przekonania, że dobrze prosperująca gospodarka nie potrzebuje wcale wyborów powszechnych.

Pragmatycy nie stronią od krwi

Utarło się nazywać chińskich komunistów pragmatykami. Mówi się: może i komuniści, ale rozsądni, bo ideologię traktują fasadowo, wprowadzając w Chinach krok po kroku gospodarkę rynkową i pozwalając chińskim masom się bogacić. Dzięki zapoczątkowanym przez Deng Xiaopinga pod koniec lat 70. XX w. reformom już ponad 600 mln Chińczyków wyszło z poziomu skrajnego ubóstwa, a ich kraj awansował do grona państw ze średnim dochodem, a więc relatywnie zamożnych. To szczególnie wymowne, jeśli przypomnimy sobie miejsce, z którego zaczynali – całą swoją gospodarkę musieli odbudować z ruin, które zostawił po sobie Mao Zedong. Biorąc pod uwagę idącą w dziesiątki milionów liczbę ofiar tego krwawego dyktatora, gospodarka Chin wymagała równie dogłębnej odbudowy jak stolica Polski po powstaniu warszawskim.

To, co dzieje się w Chinach w ciągu ostatnich dekad, jest więc rzecz jasna lepsze niż to, co działo się wcześniej, nie można jednak zapominać, że Chiny to wciąż system monopartyjny. Partia Komunistyczna zakłada, że będzie rządziła krajem po wieki wieków i – gdy wymaga tego zachowanie władzy – jest skłonna do krwawych, brutalnych czynów. Masakra na placu Tiananmen w 1989 r. jest tylko najgłośniejszym z nich, ale – jak zauważa francuski filozof Guy Sorman w książce „Rok Koguta” – wcale niejedynym i nie tym o najbardziej dramatycznych konsekwencjach. Sorman zwraca uwagę na – należącą już do przeszłości – politykę „2+1”, która w sposób quasi-totalitarny regulowała przyrost demograficzny. „2+1” wciąż oddziałuje na współczesną demografię Chin, zaburzając proporcje między liczbą kobiet a mężczyzn. Niewielu też, jak pisze filozof, ma świadomość, że przez wiele lat chiński rząd przymusowo przesiedlał siłę roboczą tam, gdzie zachodni inwestorzy akurat chcieli budować swoje fabryki. Z drugiej strony ograniczano wolność przemieszczania się, zabraniając mieszkańcom wsi osiedlania się w miastach bez pozwolenia. Niszczono w ten sposób rodziny, siłą rozdzielając matki i dzieci od ojców.

Chińskie władze z czasem zaczęły odchodzić od praktyki ręcznego i brutalnego sterowania rynkiem pracy i rozwojem społecznym. Czy to oznacza, że partyjnym dygnitarzom z czasem mięknie serce i zamieniają się w dobrych tyranów? Nie. Po prostu uznali, że Chiny są na takim etapie rozwoju, na którym wspomniane kwestie można powierzyć rozstrzygnięciom rynku, tj. że nie będą już przynosić im osobistych korzyści. Albo prościej: nie można z tego mieć już nic dla siebie.

Jednocześnie komuniści są przekonani, że bankowość, energetyka czy telekomunikacja wciąż będą miały się lepiej pod ich bezpośrednią kuratelą, a ktokolwiek postulowałby całkowite oddzielenie partii od tych sektorów, to niebezpieczny dysydent, chcący tylnymi drzwiami wprowadzić demokrację. Są to branże, na których można się z łatwością uwłaszczyć, np. rozdając kredyty po znajomości. A że do partii należy ok. 90 mln ludzi, potrzeby są spore.


Pozostało jeszcze 74% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Więcej na ten temat

Reklama


Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane

Reklama