Zmian jest wiele, ale raczej drobnych. Niewątpliwie ulgę przedsiębiorcom sięgającym po fundusze przyniesie rezygnacja z wytycznych programowych: stopnieje stos przepisów, przez jakie muszą przebrnąć. Korzystne będzie ograniczenie liczby składanych zaświadczeń i dokumentów. Dobrą zmianą jest też możliwość uzupełnienia braków formalnych wniosku o dofinansowanie czy możliwość poprawienia go na etapie oceny. Ukłonem w stronę beneficjentów jest rezygnacja z pobierania odsetek przez 14 dni czy też wprowadzenie możliwości startowania w projektach partnerskich przez podmioty powiązane, a także prawo do wycofania protestu (będzie można go wycofać i szybciej złożyć kolejny wniosek). Wprowadzenie instytucji rzecznika funduszy europejskich, którego będzie musiała powołać każda instytucja zarządzająca środkami, też jest korzystne. Niestety, pojawia się pytanie o bezstronność, gdyż RFE będzie pracownikiem powołującego go urzędu. Skrócono terminy, np. autokontroli z 21 na 14 dni, rozpatrzenia protestu – z 30 na 21 dni. Tyle że nie wprowadzono przy tym żadnych sankcji, które wymusiłyby na urzędnikach dotrzymanie terminów. Wiele zatem zależy od dobrej woli instytucji.

To wszystko raczej przypomina oliwienie niesprawnej maszyny. Bo że jest ona nieco zardzewiała – świadczą statystyki o stanie wykorzystania funduszy. Do tej pory wypłacono zaledwie 8 proc. środków do wykorzystania dla Polski. Nieco lepiej wyglądają statystki podpisanych umów: zakontraktowano 38,2 proc. alokacji środków UE na lata 2014–2020. Tyle że mamy już czwarty rok w siedmioletniej perspektywie finansowej.

Czy zatem oliwienie wystarczy? Czy zwiększenie nadzoru wojewody nad ślamazarnymi urzędami marszałkowskimi pomoże? To pokaże dopiero praktyka.

ZAINTERESOWAŁ CIĘ TEN TEMAT? CZYTAJ WIĘCEJ W TYGODNIKU GAZETA PRAWNA>>