statystyki

Szefowie koncernów internetowych wyglądają na miłych gości, ale to łase na twój portfel trolle, które chcą zmonopolizować sieć

autor: Sebastian Stodolak15.07.2017, 20:00; Aktualizacja: 16.07.2017, 09:19
„Jeśli jedna osoba wybierze FB zamiast Myspace’a, ma to wpływ na to, co wybiorą inni. Chcemy używać tych portali, co znajomi. Internet naturalnie grawituje w stronę monopolu” – przekonują prof. Guy Rolnik i Luigi Zingales

„Jeśli jedna osoba wybierze FB zamiast Myspace’a, ma to wpływ na to, co wybiorą inni. Chcemy używać tych portali, co znajomi. Internet naturalnie grawituje w stronę monopolu” – przekonują prof. Guy Rolnik i Luigi Zingalesźródło: ShutterStock

Ponad 2,4 mld euro kary nałożyła w czerwcu Komisja Europejska na koncern Google. Czym podpadł? Zdaniem Margrethe Vestager, unijnej komisarz ds. konkurencji, algorytmy wyszukiwarki Google są tak skonstruowane, by promować własną porównywarkę cen (Google Shopping) i dyskryminować konkurencyjne platformy. W maju tego roku KE grzywną 110 mln euro ukarała Facebooka za to, że przejmując komunikator WhatsApp, niezgodnie z prawdą zapewniał Komisję o niemożności połączenia profili użytkowników obu serwisów, co oczywiście później uczynił.

Reklama


Co w tym wszystkim niezwykłego – poza oszałamiającą wysokością kar? Przecież od czasu do czasu jakiś urząd antymonopolowy nakłada karę na jakąś rozbestwioną firmę. Nihil novi... Nie do końca. Internet, mimo teoretycznie niskiego progu wejścia dla nowych graczy, wydaje się szczególnie podatny na monopolizację. FB, Google, Amazon, eBay, Apple, Microsoft to na pewno innowacyjne firmy, które dostarczają nam użytecznych produktów, ale czy chcemy być na nie skazani na wieki wieków?

E-kapitalizm dla ludzi

Nie. Bo to zagrożenie dla wolności – odpowiadają profesorowie Guy Rolnik i Luigi Zingales z University of Chicago Booth School of Business we wstępniaku zamieszczonym na łamach „The New York Timesa” niedługo po wyroku skazującym Google’a. I tłumaczą, skąd bierze się podatność internetu na monopolizację. Chodzi o tzw. efekty sieciowe. „Na tradycyjnym rynku – piszą – wybór danego produktu (np. opony samochodowej) przez jednego konsumenta nie wpływa na to, że inni konsumenci także będą wybierać ten produkt, a konkurencja generalnie zapewnia im najlepsze produkty po najniższych możliwych cenach”. W internecie, zwłaszcza w przypadku sieci społecznościowych, jest inaczej. „Jeśli jedna osoba wybierze FB zamiast Myspace’a, ma to bezpośredni wpływ na to, co wybiorą inni. Chcemy używać tych portali, co znajomi. Te rynki naturalnie grawitują w stronę monopolu” – wyjaśniają.

Tyle diagnoza. A jak temu przeciwdziałać? Zingales i Rolnik proponują fundamentalną zmianę w podejściu do praw własności intelektualnej dla „wykresu społecznościowego”, mapy naszych powiązań z innymi użytkownikami danego portalu. „Wystarczyłoby przypisać każdemu użytkownikowi prawo własności do wszystkich połączeń cyfrowych, które tworzy. Dzięki temu moglibyśmy, otwierając konto w konkurencyjnym dla Facebooka serwisie, szybko przekierować na nie wszystkie wiadomości od naszych facebookowych znajomych, dokładnie tak jak przekierowuje się rozmowy telefoniczne” – przekonują. Brzmi pięknie, ale czy to technicznie możliwe?

Tak. FB już teraz oferuje swoim klientom aplikacje – Facebook Connect i Graph API – dające dostęp do wykresu społecznościowego. Tyle że dostęp jest możliwy tylko do momentu, w którym klient portalu Marka Zuckerberga nie zaczyna zachowywać się jak jego konkurent. Wówczas koncern dostęp do wykresu odcina. Ekonomiści zauważają, że przedsiębiorcy internetowi nie inwestują w konkurencyjne serwisy ze względu na samą świadomość tego ograniczenia.


Pozostało jeszcze 79% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Więcej na ten temat

Reklama


Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Polecane

Reklama