Jako dziennikarz mam powody do obaw. Mój fach to coraz cięższy kawałek chleba. Spróbuj, czytelniku, wczuć się w moje położenie. Coraz więcej osób chce pracować w mojej profesji, ale często są do tego nieprzygotowane. Nie mają podstawowej wiedzy o świecie, zdolności do analizy informacji, nie władają nawet poprawną polszczyzną. I na dodatek pozwalają zatrudniać się za psie pieniądze. W ten sposób, tak jak zła waluta wypiera dobrą, dziennikarskie miernoty zastępują fachowców.

Jakby tego było mało, jest jeszcze internet. Tutaj panuje wolnoamerykanka. Ludzie masowo zakładają blogi (podobno dla przyjemności) i dostarczają treści za darmo w ramach „obywatelskiego dziennikarstwa”. Najczęściej jednak wklejają zdjęcia kotów oraz publikują kolejny absurdalny antyszczepionkowy artykuł, odwracając uwagę czytelników od wartościowych treści. A te ukazują się drukiem. Jak Pan Bóg przykazał. Narzekacie na upadek dziennikarstwa? Oto przyczyna.

Mam wobec tego propozycję: uregulujmy zawód dziennikarza. Niech rząd określi jasno, kto, gdzie, jak i pod jakimi warunkami może publikować. Media to podobno czwarta władza, a sprawować może ją samozwańczo każdy? Zgodzicie się ze mną, że to skandal...

Skazani na pigularza

Tak naprawdę to mam nadzieję, że macie w tej sprawie zupełnie inne zdanie. Więcej – mój wywód powinien wywołać w was złość. Przecież, mówicie, dobrze wiadomo, o co ci chodzi, kolego. Obłudnie krzyczysz „Ratujcie dziennikarstwo!”, mając na myśli własny portfel. Chciałbyś ograniczyć innym dostęp do zawodu, żeby redakcje były zdane na twoje usługi. Wtedy płaciłyby ci więcej. Chcesz stworzyć chronioną prawem klikę, ot co!

Słuszne jest wasze oburzenie. Ograniczenie dostępu do zawodu nie tylko pozwoliłoby mi wzbogacić się bez dodatkowego wysiłku ze szkodą dla aspirujących do tej profesji, lecz także byłoby sprzeczne z samymi założeniami dziennikarstwa – jest ono emanacją wolności słowa i wypowiedzi. Nawiasem mówiąc, mogę się tylko cieszyć z wolności panującej w tym zawodzie. Inaczej jako absolwent filozofii (to taki „niekonkretny” kierunek) mógłbym o dziennikarstwie (zwłaszcza ekonomicznym) tylko pomarzyć.

Czy jednak złość wywołuje w was również, gdy do ograniczenia konkurencji w swoich branżach nawołują inne grupy zawodowe – adwokaci, agenci nieruchomości, przewodnicy, restauratorzy albo trenerzy personalni? Powinno. Często ze szkodą dla ogółu udaje im się zrealizować swoje postulaty. Wystarczy, że odpowiednio głośno i długo pokrzyczą przed Sejmem (a także wyślą kilku przekonujących lobbystów w sejmowe kuluary). Świeży przykład: apteki.

Wydawać by się mogło, że im ich więcej, tym lepiej. W końcu każdy chce mieć szybki dostęp do tanich lekarstw. Ale nie. To jest, jak się okazuje, przesąd. Wystarczy nam jedna apteka na 3 tys. mieszkańców. Co więcej, apteki nie powinny znajdować się w odległości mniejszej niż 500 m od siebie. Tak zapisano w ustawie, którą przyjął parlament. To nie wszystko, zgodnie z nowym prawem właścicielem apteki może być wyłącznie magister farmacji. Dlaczego? Argument nr 1: to dla zdrowia Polaków, bo sprzedawać nam leki będą fachowcy (tylko czekać na ustawy stanowiące, że właścicielami cyrków mogą być tylko cyrkowcy z wykształceniem). Argument nr 2: trzeba walczyć z dominacją dużych, a więc pewnie zagranicznych, sieci.

Podobnie argumentują taksówkarze walczący z Uberem. Twierdzą, że konkurencyjni kierowcy nie znają topografii miasta, nie mają odpowiednich ubezpieczeń i że to w dodatku typy spod ciemnej gwiazdy. Dorzucają do tego, że sam Uber nie rozlicza się z podatków w Polsce. Rząd już dał się przekonać i w najbliższych miesiącach ma trafić pod obrady Sejmu projekt ustawy, który narzuci na tę firmę te same zobowiązania licencyjne co na zwykłych taksówkarzy. Takie wymogi mogą wymusić na Uberze zamknięcie biznesu w naszym kraju.

Gdy mowa o antykonkurencyjnym lobby, nie można zapomnieć o księgarzach. Ci idą dalej niż taksówkarze. Zamiast ograniczać dostęp do zawodu, chcą rywalom zakazać konkurowania. Rząd przygląda się przedłożonemu przez Polską Izbę Książki projektowi ustawy, która na rok od publikacji będzie zamrażać cenę tytułu, zakazując obniżania jej o więcej niż 5 proc. Skorzystają na tym małe i średnie księgarnie, w których i tak jest drogo, a stracą znane z konkurowania ceną duże sieci i firmy internetowe.

Nawiasem mówiąc, o psuciu rynku i spadku jakości słyszymy też przy okazji podpisywania umów handlowych mających bardziej otworzyć nasz rynek na importowane towary. Kto wmawia Polakom, że to dla nich szkodliwe? Ci, którzy korzystają z sytuacji, w których wybór klientów jest sztucznie ograniczany.

Przypisy do Smitha

Jak to możliwe, że mali taksówkarze, aptekarze, księgarze mają w rządzie taką siłę przebicia? Czy chodzi o to, że rynkowego planktonu jest więcej niż wielorybów, co przekłada się na dodatkowe głosy w wyborach? A może o to, że gardłowanie o psuciu rynku, spadku jakości oraz szkodach społecznych mających być wynikiem konkurencji licuje z nieufnością, jaką nasz rząd darzy mechanizmy rynkowe? Prawdę zna tylko minister rozwoju i jego szef.

Znamienne jest jednak, jak często zwykli ludzie kupują tego typu retorykę. Może to więc „mądrość tłumu”? Może jest w tym wszystkim jakieś ziarno prawdy? Niestety, ku mojemu rozczarowaniu dociekania współczesnych ekonomistów na temat konkurencji i jej wpływu na jakość dóbr i usług są relatywnie ubogie i bardzo teoretyczne.

Czym jest konkurencja dla ekonomistów? W najogólniejszym sensie jest ona obecna wszędzie tam, gdzie dochodzi do wymiany rynkowej. Nawet jeśli jestem jedynym sprzedawcą kremówek w okolicy, konkuruję o twój portfel. Możesz przecież mieć ochotę nie na ciastko, ale na lody. Albo może właśnie chcesz kupić nowy kosz na śmieci. Muszę cię wówczas przekonać, że kremówka będzie lepszym wyborem (a wybierać musisz, bo twoje zasoby gotówki są ograniczone).

W ściślejszym sensie konkurencja pojawia się, kiedy to samo oferują co najmniej dwa podmioty. Dzięki konkurencji rynek może się rozwijać. Wybory, do których zmusza konsumentów, dają producentom bodziec do wytężonego wysiłku. Jeśli kupujesz kremówkę ode mnie, a nie od Nowaka, to następnym razem Nowak zaoferuje kremówkę tańszą albo smaczniejszą – żeby mi cię odbić. Konkurencja sprawia, że coraz bardziej różnorodne produkty są dostępne dla coraz większej grupy ludzi. Dzięki temu żyje nam się lepiej. Jesteśmy bogatsi.

A ryzyko, że jakaś firma obniży cenę poniżej kosztów, by wykosić konkurencję, zdominować rynek i podnieść ceny? Niewielkie. Musiałaby dysponować sporymi zasobami gotówki do „spalenia” i przygotować się na to, że konkurenci i tak w końcu odżyją niczym zombie. Nie opłaca się. A co, jeśli jakiś łasy na szybki zysk nowicjusz postanowi obniżyć cenę, ale oferując oszukany produkt niskiej jakości? To możliwe, ale na rynku działa mechanizm reputacji. Ktoś produkujący dobra niskiej jakości szybko zostanie przez konsumentów ukarany. Pójdą do innego, choćby i droższego.

Ekonomiści przekonują więc, że im większa konkurencja, tym lepiej. Więcej pojawia się w jej wyniku pomysłów na zaspokojenie konsumentów, rośnie wydajność firm i PKB. Wnioskują więc, że należy likwidować bariery wejścia na rynek dla firm i dostępności do zawodów.

Prawdę mówiąc, wnioski ogółu ekonomistów dotyczące konkurencji pozostają niezmienne od czasów Adama Smitha. Nawet współczesna teoria konkurencji doskonałej jest tylko przypisem (i to jeszcze niezbyt mądrym) do prac Szkota. Podkreślał on w nich, że „im bardziej wolna jest konkurencja w danej branży, tym więcej korzyści przynosi ona społeczeństwu” i przestrzegał, że „interes producentów bez względu na branżę i fach jest zawsze inny, a nawet przeciwny interesowi ogółu. Chodzi im o to, by powiększyć swój rynek i ograniczyć konkurencję”.

Tyle teoria. A co z empirią? Prace dotyczące realnego wpływu konkurencji na jakość i ceny niemal nie istnieją, a jeśli już jakaś zostanie opublikowana, to nie zawsze potwierdza przewidywania teoretyków. Czasami nawet im przeczy. Dla obrońców wolnego rynku to zła wiadomość: teoretyzowanie nie ma takiej siły przekonywania jak empiria.

Zatem retoryka psucia rynku ma jednak jakieś podstawy w ekonomii?

Powrót gildii?

Taki rewizjonizm forsuje prof. Rachel E. Kranton z Uniwersytetu w Maryland w pracy „Konkurencja i bodźce do wysokojakościowej produkcji” z 2001 r. Zwraca uwagę, że skuteczne rynkowe karanie firm za obniżanie jakości byłoby możliwe wyłącznie wtedy, gdyby konsumenci dysponowali pełną wiedzą. A na rynku panuje asymetria informacji i nawet racjonalny konsument będzie czasami wybierał ponownie produkt o niskiej jakości. Konsument jest jak chory wracający do lekarza, który notorycznie przepisuje złe leki.

Dlaczego jednak firmy miałyby zaniżać jakość swoich produktów? „Kiedy firma może stabilnie zwiększać udziały rynkowe, przyciągając nowych klientów, posiada bodziec do produkowania dóbr o wysokiej jakości. Jej zyski ze sprzedaży tych dóbr większej liczbie konsumentów w przyszłości będą większe niż jednorazowy zarobek ze sprzedaży felernych produktów po niższej cenie teraz. Z drugiej strony firma, która nie może liczyć na stały przyrost udziałów w rynku, ma motyw do zaniżania ceny i jakości, ponieważ wykorzysta dla zysku jednorazowy wzrost liczby konsumentów” – pisze Kranton i przekonuje, że takie procedery będą się powtarzać, jeśli zdamy się wyłącznie na mechanizm rynkowej reputacji.

– Dla zachowania jakości ważne jest zbiorowe zachowanie firm w danej branży. Ich samoregulacja usankcjonowana potem przez rząd może być konieczna, by utrzymać standardy jakości. Historycznie rzecz biorąc, taka samoregulacja sprowadzała się do ograniczania konkurencji i wejścia na rynek, co naprawdę może podnosić jakość produkowanych dóbr – uważa badaczka. Logika jej rozumowania jest prosta: stowarzyszenie firm, ustalając warunki wejścia, będzie odstraszać graczy o „złych intencjach” zgarnięcia szybkiej premii. Kranton dochodzi do takich wniosków, konstruując własny model teoretyczny, ale posiłkuje się też obserwacjami. Przywołuje np. skutki deregulacji amerykańskiego rynku przewoźników lotniczych. Większa konkurencja ograniczyła zyski, co przełożyło się – zwłaszcza w przypadku małych linii – na spadek jakości usług, a nawet standardów bezpieczeństwa. Kranton podaje też przykłady starożytnych i średniowiecznych cechów rzemieślniczych. – Gildie ustalały standardy jakości, zapewniając, że jednostki handlujące wybrakowanymi towarami były karane, a w przypadkach ekstremalnych publicznie potępiane i wykluczane z gildii – pisze ekonomistka.

Chociaż powyższe przykłady mogą przydać się w dyskusjach obrońcom ograniczeń i regulacji do celów erystycznych (Czekam na oficjalne podziękowania z ich strony za podsunięcie bryka.), to za wcześnie jednak, by ogłaszać konieczność powrotu do średniowiecznego systemu cechowego.

Jak na razie przeczące liberalnej ortodoksji badania są zwyczajnie zbyt niedoskonałe, by można było traktować je serio. Można nawet powiedzieć, parafrazując Hegla, że jeśli badania przeczą teorii, to tym gorzej dla nich. Są po prostu od tej teorii „słabsze”. To tak, jak gdyby ktoś opublikował prace, z których wynika, że prawo grawitacji nie działa, i przekonywał ludzi do testowania tej tezy za pomocą skoków z wysokości bez spadochronu.

Lepszy rydz niż nic

Pierwszą ze słabości badań empirycznych jest to, że można znaleźć także takie, które uzasadniają zupełnie przeciwne wnioski – np. że konkurencja i likwidacja barier obniża ceny, podnosząc jakość produktów. Daniel Bennett z Uniwersytetu w Chicago i Wesley Yin z Uniwersytetu w Bostonie w pracy „Rynek leków wysokiej jakości” z 2013 r. analizują efekty wejścia do Indii sieci aptek Med-Plus. W jego wyniku jakość leków mierzona zgodnością ze standardami Indyjskiej Komisji Farmaceutycznej wzrosła o 5 proc., a ceny spadły o 2 proc. I co wy na to, aptekarze?

Główną słabością wspomnianych dotąd obserwacji empirycznych jest to, że dotyczą średniego poziomu cen i średniego poziomu jakości, a to czyni płynące z nich wnioski trywialnymi.

Jest oczywiste, że jeśli na rynku, który daje duże zyski, pojawią się nowi producenci chcący sobie z niego uszczknąć, może przełożyć się to na spadek nie tylko średniej ceny, ale i jakości. Łopatologiczny przykład. Jeśli produkowane przeze mnie kremówki mają jakość ocenianą na 10, twoje na 6 i jest nas na rynku tylko dwóch, to średnia jakość kremówek to 8. Jeśli pojawią się producenci oferujący jakość 2 i 8, to średnia jakość wynosi już tylko 6,5.

Czy to oznacza, że konsumenci mają się gorzej? Przeciwnie. Zwiększyła się bowiem paleta rynkowego wyboru. Co więcej, do momentu poszerzenia rynku mogło być tak, że ubogich konsumentów nie było stać na kremówki. Teraz część z nich może już pozwolić sobie na te najtańsze, a to oznacza, że rynek się powiększył. Oraz że mówienie o średniej jakości jest nonsensem prowadzącym ekonomistów na manowce.

Czas na kolejną słabość empirycznych badań: skupiają się na relatywnie krótkich okresach. Weźmy ponownie awiację. Nawet jeśli w wyniku większej konkurencji i mniejszych zysków średnia jakość i poziom bezpieczeństwa w krótkim okresie spadły, to w długim – znacznie wzrosły. Świadczą o tym statystyki wypadków lotniczych i ich ofiar, których z roku na rok jest coraz mniej. Od początku lat 80., czyli od rozpoczęcia globalnej deregulacji linii lotniczych, liczba śmiertelnych wypadków lotniczych zmalała ponad dwukrotnie. Bezwględna liczba ofiar śmiertelnych także, i to mimo tego, że liczba przewożonych rocznie osób wzrosła od 1980 do 2015 r. z 650 mln do 3,4 mld.

Ale wcale nie muszę patrzeć w niebo, by dostrzec wzrost jakości powodowany konkurencją. Wystarczy, że spojrzę przed siebie w ekran komputera. Piszę ten tekst na małym laptopie wartym około tysiąca złotych. Mój poprzedni laptop kosztował mniej więcej tyle samo, ale pracował kilka razy wolniej. Czyżby jakaś gildia producentów elektroniki dbała o zwiększenie jakości na rynku, trzymające jednocześnie w ryzach ceny? Nic z tych rzeczy. Elektronika to jeden z tych rynków, na których panuje drapieżcza rywalizacja. Potwierdza to intuicje klasycznych ekonomistów, że wysoki poziom konkurencji i właściwie skonstruowane, twardo egzekwowane normy prawne prowadzą w długim okresie do wzrostu jakości i dostępności dóbr.

Istnieje jednak praca empiryczna na temat konkurencji naprawdę warta wzmianki. W 2014 r. Matias Busso, ekonomista Inter-American Development Bank, i Sebastian Galiani z National Bureau of Economic Research opublikowali badanie będące bardziej opisem eksperymentu niż zwykłą obserwacją. To właściwie pierwszy eksperyment w ekonomii w tej konkretnej materii. Galiani i Busso skorzystali z tego, że w Dominikanie ponad 500 tys. ubogich gospodarstw domowych objętych jest programem pomocy socjalnej, którą wydawać mogą tylko w określony z góry sposób (to warunek jej otrzymania). Należy np. przeznaczać określoną jej część na żywność, którą kupić można tylko z użyciem specjalnych kart w sklepach należących do programu. W ten sposób można kontrolować, jak dużo i na co ludzie wydają pieniądze. Eksperyment polegał na analizie skutków dopuszczenia do programu dodatkowych 61 sprzedawców, czyli zwiększenia rynku o 26 proc. Efekty? Ceny spadły o 6 proc., ale jakość się nie zmieniła. I to mimo tego, że ubodzy konsumenci przywiązują mniejszą wagę do jakości, a większą do ceny.

Najmocniejsze – bo etyczne – argumenty przeciw ograniczaniu konkurencji dopiero jednak przed nami.

Deregulacja znaczy równość

Uważasz, że każdy powinien mieć równe szanse na start? Jeśli tak, to powinieneś dostawać białej gorączki, słysząc zwolenników ograniczania konkurencji. Chcą oni przecież ograniczyć możliwości zarobkowe, które stoją przed osobami poszukującymi pracy. Chcą nakazać licencjonowanie wszystkich przewozów osobowych, a więc wykluczyć z rynku tych, których z jakichś przyczyn nie stać na licencję. Chcą zakazać otwierania aptek niefarmaceutom, a więc wykluczyć tych, którzy z różnych przyczyn nie studiowali farmacji, ale mają ciekawy pomysł na aptekę i kapitał na jej otwarcie. Chcą zamrażać konkurencję cenową na rynku książki, a więc wykluczyć tych, którzy dzięki wspaniałemu wynalazkowi, jakim jest internet, oferują publikacje po cenach niemal hurtowych. Że zwiększają oni czytelnictwo? Nieważne. Lepiej podnieść ceny i wyrzucić kilkaset milionów złotych z publicznej kiesy na „promocję czytelnictwa”.

Prawne ograniczanie konkurencji to w praktyce droga do budowy społeczeństwa, w którym awans społeczny nie zależy od pracy, pomysłowości, lecz od umiejętności przypodobania się swoim przyszłym kolegom po fachu. „Hej, Józku, Zdziśku i Wacławie, moje kremówki będą całkiem przeciętne! Pozwolicie mi je produkować?”.

To naturalnie prowadzi nas do kolejnej ważnej kwestii: ograniczanie konkurencji uniemożliwia powstawanie innowacji, sabotując rozwój cywilizacyjny i postęp technologiczny. Oznacza po prostu dla nas utracone korzyści, a to jest nawet ścigane kodeksem karnym.

Wzniosła intencja ochrony jakości w praktyce ujawnia się zawsze jako obrona status quo. Czy gdybyś był członkiem związku producentów oświetlenia w XIX w. (świec), powitałbyś z radością wynalezienie żarówki? No właśnie. Jeśli dana branża ustala reguły konkurencji cenowej, bariery wejścia dla nowicjuszy i standardy jakościowe, to chce, by obowiązywały one jak najdłużej i były jak najsztywniejsze. Nie ma więc żadnego interesu, by wystawiać się na działanie schumpeteriańskiej twórczej destrukcji, a więc pozwalać, by ktoś zrewolucjonizował ich branżę. Oznaczałoby to konieczność dostosowania się, czyli straty.

Nie bez przyczyny aż do rewolucji przemysłowej i zmiany systemu produkcji na otwarty i konkurencyjny, PKB per capita na świecie stało w miejscu. Powinniśmy się cieszyć, że przed wynalezieniem druku nie powstał politycznie ustosunkowany związek klasztornych skrybów, którzy w jego wyniku stracili pracę. Oni także – podobnie jak taksówkarze przeciw Uberowi – protestowali na ulicach przeciw Gutenbergowi (protesty odnotowano pod koniec XV w. w Paryżu).

Czy Amazon, który zwiększył dostęp do dóbr kultury dla setek milionów osób, w ogóle powstałby, gdyby reguły rynku dystrybucji książek, muzyki i filmów określali tradycyjni stacjonarni dystrybutorzy? Pewnie nie. A czy powstałaby polska firma myPhone produkująca tanie smartfony? Stowarzyszenie Samsunga, Apple,a i Microsoftu skutecznie by to uniemożliwiło.

Dotąd jedynym politykiem w ciągu ostatniej dekady, który w Polsce próbował rozbić zawodowe kliki i uwolnić konkurencję, był Jarosław Gowin. W 2012 r., będąc jeszcze ministrem sprawiedliwości w rządzie Platformy Obywatelskiej, ogłosił słynny plan deregulacji dostępu do 49 zawodów. Obecny rząd, w którym Gowin także przecież zasiada, powinien ten deregulacyjny trend podtrzymać zamiast wracać do przedsmithowskich protekcjonistycznych i neoluddystycznych przesądów. Niestety, poglądy Gowina, podobnie zresztą jak stanowisko ministra, które mu powierzono, są w rządzie PiS z politycznego punktu widzenia marginalne. Szkoda.