Sto czterdzieści osiem stron, 97 artykułów, 170 paragrafów wyjaśniających idee przyświecające stworzeniu nowego prawa. Tak wygląda unijna dyrektywa MiFID II. Nad wprowadzeniem regulacji odnoszących się przede wszystkim do zasad świadczenia usług i sprzedaży produktów na rynku finansowym właśnie pracuje rząd. Ich przyjęcie ma spowodować, że klienci będą dokładnie wiedzieli, za co płacą instytucjom finansowym. Unijne regulacje są dla krajowych podmiotów uciążliwe, bo jak oceniają eksperci, napisano je przede wszystkim pod kątem najbardziej rozwiniętych rynków kapitałowych.

– Jeśli np. wprowadzamy takie same kary, a zarabiamy kilka razy mniej niż w państwach starej Unii, to jest jasne, że takie przepisy są dla nas relatywnie bardziej restrykcyjne – mówi prof. Marek Wierzbowski z kancelarii prof. Wierzbowski & Partners.

Dlatego za każdym razem, kiedy implementujemy unijne przepisy do krajowego prawa, uczestnicy rynku kapitałowego apelują do ustawodawców, żeby zachować przy tym zasadę proporcjonalności. Za każdym razem jednak trafiają one w próżnię.

– W przypadku rynków finansowych mamy w zwyczaju wprowadzać regulacje bardziej restrykcyjne, niż oczekuje tego Unia – zwraca uwagę Barbara Nowakowska, dyrektor zarządzająca Polskiego Stowarzyszenia Inwestorów Kapitałowych.

Nie inaczej będzie zapewne w przypadku MiFID II. Czasem uciążliwość krajowych regulacji dotyczy spraw istotnych, ale relatywnie mniej ważnych. Na przykład unijny ustawodawca życzy sobie, żeby biegły rewident informował nadzorcę rynku w przypadku podejrzenia złamania przepisów przez firmę inwestycyjną, której sprawozdania bada. Chodzi o istotne naruszenia obowiązujących na rynku kapitałowym regulacji. Ministerstwo Finansów, które napisało projekt ustawy implementującej MiFID II, proponuje, by obowiązek informowania KNF dotyczył każdego podejrzenia naruszenia prawa.

Czasem jednak wymyślane na krajowym poziomie koncepcje mają dla działających na rynku podmiotów zasadnicze znaczenie. Komisja Nadzoru Finansowego proponuje, żeby przy okazji zmiany prawa administracyjnie ograniczyć wysokość opłat za zarządzanie pobieranych przez Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych do 2 proc. rocznie. I jednocześnie zabronić dzielenia tej opłaty między TFI i firmy, które zbierają dla nich pieniądze. Z tymi sugestiami zgadza się Ministerstwo Finansów. W opinii branży i ekspertów takie rozwiązanie w praktyce doprowadzi do demontażu obecnego systemu dystrybucji jednostek uczestnictwa funduszy i utrudni funkcjonowanie TFI, które nie wchodzą w skład dużych grup finansowych.

W państwach członkowskich występują różne modele implementowania przepisów unijnych. W Polsce organ nadzoru, biorąc udział – jako jeden z wielu uczestników – w procesie legislacyjnym, stara się zapewnić sposób implementacji zgodny z polskim systemem prawnym oraz praktycznymi uwarunkowaniami i stopniem rozwoju rynku kapitałowego. Kierując się zasadą zapewnienia ochrony uczestników rynku, a jednocześnie starając się o wypracowanie możliwie optymalnych rozwiązań prawnych i systemowych – mówi Jacek Barszczewski, rzecznik KNF.

Być może restrykcyjna propozycja KNF nie zostanie uwzględniona, chociaż ostatnie doświadczenia potwierdzają tezę, że krajowy ustawodawca lubi dokręcić śrubę rynkowi kapitałowemu. Przykład? Wchodzące za miesiąc przepisy zawarte w dyrektywie ZAFI. Reguluje ona zasady funkcjonowania alternatywnych funduszy inwestycyjnych. W myśl przepisów to pojęcie bardzo szerokie, obejmujące podmioty, które zarządzają kapitałem pozyskanym od inwestorów. Na przykład fundusze typu private equity i venture capital (PE/VC). Dotychczas ich działalność nie była regulowana i nie podlegała nadzorowi. ZAFI to zmienia – do 4 czerwca muszą one zarejestrować się w komisji. W zeszłym tygodniu odbyło się spotkanie, na którym przedstawiciele środowiska chcieli od KNF uzyskać informacje, kogo dokładnie obejmie ten obowiązek. Ale komisja tego nie doprecyzowała. Wnioski są takie, że w Polsce będą to wszystkie podmioty, które kiedykolwiek zebrały pieniądze od inwestorów i wciąż jeszcze istnieją, nawet jeśli nie zamierzają w przyszłości pozyskiwać kapitału. Także te, które obracają jedynie kapitałem założycielskim, opłaconym przez udziałowców w momencie powstania. Dyrektywa ZAFI tego rodzaju przedsięwzięcia określa mianem „family office”, wyłączając je spod regulacji. Takiego wyłączenie nie ma jednak w przepisach krajowej ustawy.

– To bardzo często niewielkie firmy, obracające kilkoma milionami złotych. Mają zaangażowany cały kapitał w projekty inwestycyjne i brakuje im sił i środków na wypełnienie formalności – zwraca uwagę Artur Granicki, prawnik z kancelarii Trio Legal Snażyk Granicki.

Nawet jeśli rejestracja nie jest związana ze szczególnymi wymogami kapitałowymi, to nie jest też czystą formalnością. Wymaga m.in. opisania doświadczenia osób zarządzających kapitałem i określenia zasad polityki inwestycyjnej. KNF będzie dokumenty analizowała, a jak podkreślają uczestnicy rynku, tego typu procedury nigdy nie są proste. Za niewypełnienie obowiązków grożą surowe kary: do 5 mln zł do 5 lat więzienia lub obie sankcje łącznie.

– Są to kary maksymalne, a wymiar sprawiedliwości dysponuje narzędziami do ich miarkowania w zależności od stopnia szkodliwości danego przestępstwa popełnianego na rynku finansowym. Należy mieć na uwadze, iż potencjalne szkody na rynku finansowym mogą być znaczne, więc kary muszą cechować się odpowiednią dotkliwością – mówi Jacek Barszczewski.

Ilu podmiotów dotyczy obowiązek? Tego dokładnie nie wiadomo, ale eksperci szacują, że może chodzić nawet o kilka tysięcy.

– Wprowadzanie restrykcyjnych regulacji miało sens w pierwszych latach funkcjonowania rynku kapitałowego w Polsce. Żeby zapobiec scenariuszowi, w którym jedna duża afera mogła zatrzymać jego rozwój. Teraz, kiedy już nieco okrzepliśmy, takiej potrzeby nie widzę. Większy nacisk powinniśmy kłaść na konkurencyjność rynku, także pod względem obowiązujących na nim regulacji – zwraca uwagę prof. Wierzbowski.

Czy wprowadzanie tak twardych regulacji jest dziś potrzebne?