Ale większości obserwatorów umknął znacznie ciekawszy fakt z prognoz MFW, zawarty nie tyle w oficjalnej publikacji, ile w tabelach ukrytych głęboko na stronie internetowej funduszu. Otóż MFW w ostatnim roku dość gwałtownie obniżył prognozy długookresowego tempa rozwoju Polski. Owszem, ten rok będzie lepszy od oczekiwań, ale perspektywy na kolejne lata zdaniem ekonomistów MFW ulegają pogorszeniu. Prognoza wzrostu na pięć lat w przód, czyli o maksymalnym horyzoncie w analizach MFW i taka, która najlepiej oddaje długookresowy potencjał rozwoju (w takim horyzoncie znika wpływ czynników przejściowych i cyklicznych na prognozę), zwykle oscylowała w okolicach 3,5–3,8 proc. Ale od wiosny 2016 do wiosny 2017 r. została zredukowana do zaledwie 2,7 proc. Żeby dodać smaczku, warto nadmienić, że taka rewizja prognozy w tym okresie nie spotkała żadnego kraju europejskiego oprócz Czarnogóry i żadnego kraju rozwiniętego.

Co się stało? MFW nie tłumaczy się ze swoich prognoz dla konkretnych krajów, więc możemy jedynie domniemywać. Pierwsza hipoteza: MFW przestraszył się rządów PiS i stwierdził, że w pogarszającym się środowisku instytucjonalnym gospodarka ma znacznie gorsze perspektywy. Druga: MFW skorygował prognozy o efekt obniżenia wieku emerytalnego, które wyłączy z rynku pracy część siły roboczej. Choć zmiana wieku to za mało, by wywołać aż taki efekt. Trzecia hipoteza: fundusz przesadził z optymizmem w poprzednich rundach prognostycznych i teraz urealnił swe predykcje.

Nie rozstrzygniemy w tym miejscu jednoznacznie, dlaczego MFW tak zredukował swoją wiarę w polski sukces. Ale na pewno w głowach ekonomistów przygotowujących prognozę ścierały się podobne argumenty jak w naszej krajowej dyskusji na temat długookresowych perspektyw gospodarczych. A ona też jest ciekawa.

Niektórzy ekonomiści twierdzą, że utrzymanie gospodarki przez kilka lat na ścieżce 4-proc. wzrostu jest możliwe. Tak twierdzą na przykład zespoły analityczne mBanku czy PKO BP. Nie będzie niespodzianką przypomnienie, że taką wiarę wyraża też Ministerstwo Finansów. Inni analitycy wskazują, że ograniczenia podaży pracy oraz słabości w dynamice produktywności nie pozwolą na osiągnięcie trwałego wzrostu powyżej 3 proc. Tak twierdzą ekonomiści Banku Handlowego. Do tego poglądu zdają się też przychylać analitycy NBP, którzy swoje projekcje wzrostu na 2019 r. mają znacznie bliżej trzech niż czterech procent. Do tej listy trzeba też dopisać MFW. Kto ma rację? Bliżej mi do tego drugiego obozu.

Kluczowym ograniczeniem dla wzrostu gospodarczego jest podaż pracowników. Liczba osób w wieku produkcyjnym (15–64 lata) spada w tempie ok. 1 proc. rocznie. To na razie jest rekompensowane przez przepływ osób z bezrobocia do pracy oraz imigrantów, ale zasób osób bezrobotnych dostępnych dla pracodawców nie jest nieograniczony, a największa fala imigracji już jest za nami. A im mniej jest bezrobotnych, tym trudniej znaleźć wśród nich produktywne jednostki. Podobnie jest z imigrantami, są to zwykle osoby o średnio niższej produktywności niż pracownicy krajowi. To prowadzi do konkluzji, że w nadchodzących latach wzrost zatrudnienia będzie bliski zeru, a nawet jeżeli będzie dodatni, to odbije się to negatywnie na dynamice wydajności pracy. Jeżeli wydajność pracy (PKB na pracownika) będzie rosła w tempie 3 proc., taki będzie też ogólny wzrost gospodarczy. Te 3 proc. wzrostu wydajności pracy wydaje się realistycznym scenariuszem. W ostatnich 10 latach średni wzrost wydajności wynosił 2,5 proc., teraz może być nieznacznie wyższy ze względu na mniejszy przyrost stopy aktywności zawodowej (zmiany stopy aktywności zawodowej i wydajności podążają zwykle w odwrotnych kierunkach).

Na te naturalne ograniczenia dla gospodarki nakłada się niepewność regulacyjna, która jest czynnikiem blokującym inwestycje. W ankietach NBP ogólny odsetek wskazań na niepewność jako czynnik blokujący rozwój jest wyższy niż w szczycie kryzysu w strefie euro, mimo że dziś koniunktura jest o niebo lepsza. Podobne wnioski wypływają z ankiet GUS. Firmy czegoś się boją. Czego? Można się domyślać. Sam bank centralny wskazuje, że do źródeł niepewności należy zmiana polityki administracji skarbowej wobec firm (większa restrykcyjność) czy zmiany legislacyjne m.in. w obszarze handlu.

Optymiści też mogą wysnuć kilka argumentów wspierających ich mocne prognozy. Jeżeli ożywienie w globalnej gospodarce będzie kontynuowane i nałoży się na skokowy wzrost inwestycji infrastrukturalnych, to efekt może być piorunujący. Wprawdzie będzie miał charakter przejściowy, ale początkowy impuls może wywołać falę inwestycji prywatnych, których wpływ na wzrost gospodarczy będzie odczuwalny przez kilka lat. Optymiści szukają analogii w drugiej połowie poprzedniej dekady, gdy wzrost gospodarczy był bardzo wysoki przez ok. trzy lata, wspierany zarówno przez globalną koniunkturę, jak i wysoką aktywność inwestycyjną w kraju.

Można też próbować argumentować, że ograniczenia w podaży pracy będą impulsem dla firm do znaczącej poprawy efektywności produkcji, co będzie widoczne w znacznie wyższej dynamice wydajności pracy. Jeżeli jednostkowe koszty pracy (koszty zatrudnienia pracownika podzielone przez przychód przypadający na pracownika) znacząco wzrosną w wyniku spadającego bezrobocia i presji płacowej, wówczas firmy mogą zwiększyć nakłady na automatyzację produkcji, co podniesie wydajność. Tyle że jest to scenariusz teoretyczny i na razie nie widać sygnałów, by się materializował. Dopóki na własne oczy nie zobaczę, jak rosną inwestycje w automatyzację i wydajność pracy z tym związana, trudno mi uwierzyć w 4-proc. tempo wzrostu.