Najczęściej opisywanym wydarzeniem w ostatnim tygodniu była chyba decyzja o obniżeniu amerykańskich stóp procentowych praktycznie do zera. Mimo że korzyści z inwestowania w rządowe papiery amerykańskie są prawie zerowe, inwestorzy nadal masowo je kupują, podczas gdy korporacje (nawet o najlepszym ratingu) muszą płacić wysokie marże na kredytach, a i tak nie mają problemu z dostępem do kredytu.

W teorii bank centralny może stymulować gospodarkę regulując podaż pieniądza, ale to przypuszczenie opiera się na założeniu, że stopy procentowe są wystarczającym czynnikiem skłaniającym do inwestowania. Tymczasem widzimy, że można konia doprowadzić do wody, ale nie zawsze można go zmusić do picia. Podczas gdy rynki domagają się niższych stóp procentowych, to prawdziwy problem leży w braku zaufania. Widząc, że jeden bank za drugim bankrutuje, a producenci samochodów błagają o wsparcie, inwestorzy wolą uniknąć kolejnych strat.

W połączeniu z brakiem zaufania pomiędzy instytucjami finansowymi mamy do czynienia z samospełniającą się przepowiednią. Inwestorzy potrzebują lepszych zachęt (wyższych odsetek), aby zainwestować. Koszty obsługi długu obniżają zyski firm i zmniejszają ich inwestycje. Niższe zyski to gorsza ocena kredytowa, niższe inwestycje to spowolnienie gospodarcze. A inwestorzy stają się jeszcze ostrożniejsi.

Banki centralne wykorzystują wszelkie dostępne środki, aby odwrócić te trendy. Fed wykupuje długoterminowe obligacje i papiery powiązane z rynkiem nieruchomości, żeby zwiększyć podaż pieniądza oraz obniżyć marże na kredytach. Europejski Bank Centralny planuje stworzyć izbę rozliczeniową, która będzie gwarantować udzielone pożyczki - może to pomoże zwalczyć nieufność pomiędzy bankami. Czy oznacza to powrót zaufania na rynek? Zobaczymy w 2009 roku.