Widzi to już coraz więcej analityków. Choć część zmienia prognozy z opóźnieniem i z pewnymi oporami. Szykuje się nam nieprzyjemna niespodzianka inflacyjna. W krótkim okresie pracować na nią będą przede wszystkim czynniki kosztowe (podażowe). W mniejszym stopniu wpływać na nią będą jeszcze czynniki popytowe. Da to wciąż jeszcze relatywnie niską inflację bazową. Ale – jak wszyscy wiemy – kiedy po długim okresie uporczywej deflacji ceny dla konsumenta zaczynają szybko rosnąć, to przy adaptacyjnych oczekiwaniach inflacyjnych gospodarstw domowych wzrost inflacji płacowej jest tylko kwestią czasu. A stan rynku pracy, z podażą skutecznie podcinaną przez realizację kolejnych zapowiedzi wyborczych rządu, z pewnością będzie sprzyjał wzrostowi oczekiwań płacowych.

Jeśli chodzi o kurs walutowy, to nasz bazowy scenariusz lokuje się poza szerokim konsensem rynkowym, gdzie kurs krzyżowy dolara do euro zbliża się bądź nawet przebija parytet pod koniec 2017 r. Przewidujemy deprecjację średniorocznego kursu dolara w 2017 r., jeśli za punkt odniesienia przyjmiemy poziom osiągnięty bezpośrednio po wyborach i po grudniowej podwyżce stóp przez Fed. Nasz scenariusz replikuje reakcję dolara na pięć poprzednich cykli zacieśnienia monetarnego w Stanach. W średnim okresie podwyżkom stóp towarzyszyło tam osłabienie dolara, motywowane przede wszystkim obawami o wzrost inflacji. To założenie determinuje kierunek przepływu kapitałów w skali globalnej, mniej korzystny dla Stanów niż zaraz po wyborach i decyzji Fed, a bardziej owocny dla rynków zagranicznych, w tym również dla rynków wschodzących.

Złoty również mógłby na tym skorzystać, ale przeszkodzi temu wycena przez inwestorów lokalnego czynnika ryzyka. Napływ kapitału do innych krajów z segmentu emerging markets będzie dla nich nie tylko zyskowniejszy, ale też bezpieczniejszy. Przesądzi o tym nie tylko ocena stanu fundamentów makro, ale też mniejsze ryzyko polityczne. Nie przewidujemy aprecjacji średniorocznego kursu złotego w tym roku ani wobec euro, ani – tym bardziej – wobec dolara.

Najszybciej na poziom krajowych cen przełoży się słabnący złoty. Import inflacji zostanie wzmocniony rosnącą wartością dolara (ponad 6 proc. w ujęciu rocznym) i podążającym za nim kursem euro (ponad 3,5 proc.). Ten czynnik zapewne będzie najbardziej widoczny w pierwszych miesiącach 2017 r. Jeśli rząd popełni nowe błędy w polityce gospodarczej, a agencje ratingowe rzeczowo oszacują ryzyko, obniżając perspektywy lub rating Polski, to presja inflacyjna płynąca z deprecjacji złotego może się też przenieść na kolejne miesiące.

Importowana inflacja będzie tym wyższa, im wyższe będą ceny importowanych surowców, zwłaszcza ropy naftowej i gazu ziemnego. Ceny ropy wyrażone w złotych w pierwszych miesiącach tego roku wzrosną o 70–90 proc. w ujęciu rocznym. Niska baza spowoduje potężny wstrząs podażowy.

Wyższe ceny importu (koszty) oraz wyższe ceny eksportu w złotych (efekt kursowy) w następnej kolejności wpłyną na wzrost PPI (ceny produkcji sprzedanej przemysłu). Pierwsze tego oznaki mieliśmy już w październiku i listopadzie 2016 r. (PPI w listopadzie wyniósł 1,7 proc. w ujęciu rocznym). W kolejnych 3–4 miesiącach można z dużym prawdopodobieństwem oczekiwać wzrostu PPI nawet do 5–6 proc. w ujęciu rocznym. W ostatnim odczycie PMI mieliśmy już: najszybszy wzrost kosztów produkcji od stycznia 2012 r.; największy dwumiesięczny wzrost indeksu kosztów produkcji w historii badania; największy wzrost cen produktów przemysłowych od kwietnia 2011 r.; trzeci największy miesięczny wzrost wskaźnika cen wyrobów gotowych w historii tego badania (jest prowadzone od końca lat 90. – red.).

Wzrost cen importowanych towarów konsumpcyjnych oraz tych produkowanych w kraju, który oddaje wskaźnik PPI, przełoży się na przyspieszenie wzrostu inflacji konsumenckiej, która między sierpniem a grudniem ubiegłego roku wzrosła od -0,8 proc. do +0,8 proc. (wstępny odczyt). Naszym zdaniem bardzo prawdopodobne jest osiągnięcie dolnego przedziału celu inflacyjnego NBP (1,5 proc. w ujęciu rocznym) w styczniu, a celu punktowego (2,5 proc. w ujęciu rocznym) już w marcu.

Kolejnym czynnikiem o charakterze podażowym mogą być wyższe niż w 2016 r. ceny warzyw i owoców. Ubiegły rok przyniósł urodzaj w sadach i ogrodach. Najczęstszy cykl produkcji w tym sektorze jest bardzo krótki, bo dwuletni (wzrost i spadek). Jeśli obejdzie się tu bez anomalii, to będziemy mieli kolejny czynnik przyspieszający inflację. Tym razem „dopalacz” przypadnie na okres maj – sierpień.

Według naszych szacunków nawet po wyłączeniu bardzo prawdopodobnego wstrząsu podażowego ze strony rosnących cen warzyw i owoców, a uwzględniając tylko założenia dotyczące prognoz kursu złotego i ich wpływu na indeks PPI, można się spodziewać przekroczenia 3 proc. inflacji w ujęciu rocznym w miesiącach letnich.

Średnioroczna inflacja może być o 1,5 pkt proc. wyższa od założonej w projekcie budżetu na 2017 r. oraz prognozowanej przez NBP na ten rok (1,3 proc.). Może być też o ponad 3 pkt proc. wyższa niż w roku ubiegłym. Deflator spożycia może zwiększyć się jeszcze bardziej.

Niespodziewany wzrost inflacji wpłynie negatywnie na realne dochody rozporządzalne gospodarstw domowych. Niższa od przewidywanej inflacji będzie tegoroczna indeksacja świadczeń społecznych, stanowiących ponad 20 proc. dochodów gospodarstw domowych. Oznacza to, że realne świadczenia mogą być co najwyżej na poziomie ubiegłego roku. Na dodatek tegoroczna niespodzianka inflacyjna oznaczać będzie wyższą indeksację świadczeń w trudnym dla budżetu roku 2018.

Zakładając sztywność płac i ich opóźnioną reakcję na niespodziankę inflacyjną, możemy przyjąć, że ich wzrost w skali całej gospodarki będzie podobny do ubiegłorocznego, czyli wyniesie nieco ponad 4 proc. Zapewne niższa z uwagi na stan rynku pracy będzie też dynamika zatrudnienia. W efekcie wzrost realnych wynagrodzeń (ok. 50 proc. ogólnych dochodów) w tym roku nie przekroczy 2 proc.

Pozostałe realne dochody mogą wzrosnąć w tempie nieprzekraczającym 3 proc., czyli zbliżonym do dynamiki PKB. W naszym bazowym scenariuszu realny wzrost dochodów gospodarstw domowych ogółem nie przekroczy 2 proc.

W scenariuszu ostrzegawczym, gdzie wyższej inflacji odpowiada wolniejsze tempo wzrostu gospodarki, realny wzrost dochodów może nawet sięgnąć 1 proc., co oznacza stagnację po okresach wcześniejszych dynamicznych wzrostów. W każdym przypadku należy się jednak liczyć z istotnym spowolnieniem wzrostu spożycia gospodarstw domowych, które w 2016 r. istotnie kontrybuowało do dynamiki PKB.

Przy umiarkowanym popycie importowym w zewnętrznym otoczeniu makroekonomicznym potwierdza to hipotezę, że o tempie wzrostu gospodarczego w Polsce w 2017 r. przesądzi dynamika inwestycji. A precyzyjniej: dynamika inwestycji publicznych opartych w głównej mierze na absorpcji funduszy unijnych.

Problem – naszym zdaniem – polega na tym, że gros środków do wykorzystania z nowej perspektywy finansowej lokowane jest w programach regionalnych. Oznacza to, że decydującą rolę przy ich wykorzystaniu odgrywa nie rząd, ale lokalne samorządy. W rękach rządu są co najwyżej instrumenty mogące poprawić klimat inwestycyjny i zredukować niepewność.

Zdecydowanie zachęcamy rząd do ich pilnego użycia. Ostrzegamy: niskie tempo wzrostu i relatywnie wysoka inflacja to kiepskie dla wszystkich środowisko makroekonomiczne. 

Mirosław Gronicki był ministrem finansów; Janusz Jankowiak jest głównym ekonomistą Polskiej Rady Biznesu.