Ekonomiści spodziewają się mocnego wyhamowania dynamiki wzrostu płac w przyszłym roku - nawet poniżej 5 proc.

- Z pewnością możemy zapomnieć o dwucyfrowej dynamice wzrostu płac, jaką mieliśmy ostatnio. Raczej spodziewałbym się jej na poziomie 4-5 proc. Oczywiście skala będzie zależała od branży - ocenia Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

- Szansa, że dynamika wzrostu płac nadal będzie rzędu 10 proc., jest niewielka. Widać też, że wiele firm wstrzymuje się z decyzjami kadrowymi. Można mówić o pewnym zastoju w zwiększaniu zatrudnienia - mówi Piotr Rogowiecki, ekspert Konfederacji Pracodawców Polskich.

Wzrost płac zwalnia, co widać już w najnowszych danych GUS. W listopadzie wynagrodzenia wzrosły o 7,4 proc. rok do roku. W październiku było to jeszcze 9,8 proc.

Przedsiębiorcy deklarują, że brak dużych podwyżek nie oznacza, że cięcia zatrudnienia będą głównym źródłem oszczędności w ciężkich czasach.

- Nie sądzę, żeby firmy szukały jednak oszczędności w kadrach. Gdy powróci koniunktura, odzyskanie dobrych pracowników może być niezwykle trudne - mówi Piotr Rogowiecki.

W badaniach koniunktury konsumenckiej GUS widać, że sami konsumenci spodziewają się zmian na gorsze. Tak zwany wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej spada od października. We wrześniu wynosił on minus 10,4 pkt, ale już w październiku było to minus 18 pkt, a w listopadzie minus 19,5 pkt. To oznacza, że oceny konsumentów dotyczące perspektyw ich sytuacji finansowej, kondycji gospodarczej kraju, trendów na rynku pracy i oszczędzania pieniędzy w ciągu najbliższych 12 miesięcy znacznie się pogorszyły.

Według IPSOS wskaźnik optymizmu konsumentów w październiku spadł do poziomu nienotowanego od lutego 2007 r. Tak złego wskaźnika skłonności do zakupów, który składa się na wynik badania optymizmu, nie było od początku ubiegłego roku.

Mimo to rząd trzyma fason. Według głównych architektów prognoz wzrostu gospodarczego na 2009 rok nie ma obaw o wzrost konsumpcji prywatnej. Ministerstwo Finansów obniżyło, co prawda, prognozę do 4,4 proc., z 5,1 proc., jednak uczyniło z konsumpcji jeden z głównych filarów swojej prognozy całego wzrostu gospodarczego. Konsumpcję ma wspierać impuls fiskalny, czyli obniżenie podatku PIT. Rząd wyliczył, że wprowadzenie dwóch stawek podatkowych PIT w miejsce trzech i wprowadzenie stosunkowo wysokiego progu podatkowego to dodatkowe 8 mld zł w kieszeniach podatników.

Większość ekonomistów ocenia jednak, że prognoza 4,4-proc. wzrostu to i tak optymistyczne założenie, nawet przy uwzględnieniu zmian podatkowych.

- Korekta tej prognozy jest niewystarczająca. Obniżka podatku PIT to mógłby być argument za tym, że konsumpcja będzie na niezłym poziomie. Problem w tym, że obniżki dotyczą głównie osób najlepiej uposażonych, a te raczej znacząco swojej konsumpcji nie zwiększą - ocenia Dariusz Winek, główny ekonomista BGŻ.

- Założenia rządu dotyczące konsumpcji prywatnej są dość optymistyczne. My zakładamy wyraźny spadek jej dynamiki, tym bardziej że od trzech lat utrzymuje się ona na wysokim, ponad 5-proc. poziomie. W przyszłym roku wskaźnik będzie zmierzał w kierunku 3 proc., jego spadek będzie stopniowo coraz głębszy z kwartału na kwartał. W II połowie roku będzie to już poniżej 3 proc. - mówi Aleksandra Świątkowska z PKO BP.

Według Dariusza Winka należy się raczej spodziewać zwiększenia skłonności do oszczędzania, a nie wydawania.

- W sytuacji niepewności zazwyczaj więcej się oszczędza, mniej konsumuje. W naszej ocenie ten efekt wystąpi w polskiej gospodarce w przyszłym roku. Do oszczędzania będą zmuszać np. banki, skoro młody, dobrze zarabiający człowiek będzie musiał wykazać się 20-proc. wkładem własnym, by wziąć kredyt na mieszkanie - mówi Winek.